sobota, 30 maja 2020

Nic się nie zmieniło.



Naszym największym życzeniem jest, żeby pandemia jak najszybciej przeszła do zamierzchłej historii. I o ile historia w tym wypadku jest sprawą naturalną, o tyle „zamierzchłość” już taka naturalna nie jest.

„Polacy otwierają serca!”

„Tragedia nas jednoczy”

„Jesteśmy bezinteresowni”

To tylko niektóre z nagłówków, jakie można było przeczytać w codziennej prasie. Serce rośnie. Wyrazy wsparcia, więcej empatii i zrozumienia, pomoc w robieniu zakupów… to wszystko napawa optymizmem. I to dobrze, że tak jest. Ale kiedyś mija pierwszy szok i zaczyna wracać w miarę normalne życie…

Zaczyna się od hejtu na lekarzy. I życzliwych podpowiedzi, żeby na czas zagrożenia … wyprowadzili się ze swoich mieszkań i nie narażali sąsiadów i znajomych z bloku i osiedla.

Co potem?

Lublin, autobus miejski.

Na drzwiach kartka informująca o limicie osób, jaki może jednocześnie przebywać w pojeździe. W środku – miejsca siedzące zajęte, kilkanaście osób stoi. Niemal każdy albo patrzy na swój telefon, albo przez niego rozmawia.

„Wszystko przez niego” – słyszę gdzieś zza pleców „ja go dorwę, nie będzie litości”. Zerkam. Młoda, zadbana kobieta, przytulająca małego, może pięcioletniego synka w maseczce. I stek przekleństw, które niczym nieskrępowane panoszą się w całym autobusie, bo pani rozmawia bardzo swobodnie i głośno.

Ten sam autobus. Żółto-czarna taśma „oddzielająca” pierwszy rząd miejsc do siedzenia od reszty autobusu. I wciąż te same podziały wśród ludzi. Lepsi-gorsi, my-oni. I jeszcze, i znowu…

Nic się nie zmieniło.

Ludzie wciąż nienawidzą, wciąż rzucają oskarżenia, wciąż walczą na śmierć i życie. „Dla dziecka”, „o lepsze jutro”, „bo zmarnowałeś mi 5 lat życia”.

Są też ludzie dobrzy, mądrzy, otwarci i wrażliwi. I pewnie jest ich całkiem sporo. Tylko ciągle szkoda, że ta proporcja od wieków pozostaje niezmienna i że żadna tragedia, żadna próba i żaden chichot losu nie są w stanie tych proporcji znacząco zmienić na plus dla tych drugich.

(Napisałam, że Lublin. W tym akurat przypadku nazwa miasta ma znaczenie drugorzędne. Gdzie indziej mogłoby być bardzo podobnie.)


czwartek, 21 maja 2020

Powiedz: wrócisz? (II)

Siedem tygodni temu zapytałam o to pierwszy raz. Nie spodziewałam się, że dostanę jakąkolwiek odpowiedź, zresztą nie chodziło mi o to, żeby się dowiadywać. Bardziej - żeby może ktoś, kto przeczyta, postawił sobie sam to pytanie.
Teraz, kiedy "więcej wolno" - pytanie powraca, bo widzę, jak bardzo było zasadne.
Kiedy "pozwolono" gromadzić się w kościołach, najpierw 1 osoba na 15m2, a teraz - na 10m2 - wydawało się, że nasze kościoły powinny być, w tych wyznaczonych granicach, zapełnione. I co? Nie wiem, jak jest gdzie indziej. Ale tu, gdzie wiem - połowa miejsc zajęta. Albo i mniej. A przecież już można...


Powiedz: wrócisz?
Czy nie będziesz się zastanawiać, jaki jest sens chodzić na mszę w kościele, skoro tyle osób nie chodzi, a dobrze im się żyje? Czy nie będziesz szukać znowu wymówki, bo przecież nikt jeszcze nie powiedział, że epidemia się skończyła, więc lepiej nie chodzić do kościoła? 
Modlitwa nie jest konieczna do życia, powiesz. Modlić się można w domu i nawet komunię duchowo można przyjąć. Zgoda.
Ale nikt mnie nie przekona, że to jest to samo. 
Bardzo mi się spodobało zdanie ks. bp. Kawy, który stwierdził, że trafił się nam bardzo pobożny wirus, który chodzi do kościoła a omija supermarkety. A przecież nic nie stało nie przeszkodzie, żeby tak, jak staliśmy w kolejce przed sklepem, żeby wejść do środka, tak samo uczestniczyć w mszy świętej na zewnątrz i przyjąć Komunię Świętą choćby w progu kościoła...
Powiedz: wrócisz?
Czy ciągle jednak jesteśmy mentalnie potomkami Rzymian, którzy woleli igrzyska zamiast chleba?...

środa, 1 kwietnia 2020

Powiedz: wrócisz?



Który to już tydzień? Trzeci czy czwarty? Tracę rachubę czasu. Przestałam liczyć dni, nie oglądam wiadomości, coraz rzadziej wyglądam przez okno. Gdyby nie moja mama, przegapiłabym przestawianie zegarków. I zaczynam się bać. Zwyczajnie, po ludzku.
Ale nie zakażenia. Jestem ostrożna, niczego nie lekceważę, ale nie ma we mnie lęku przed chorobą. Myję ręce, unikam wychodzenia z domu, kontaktuję się ze znajomymi przed telefon i maila – jest we mnie dużo spokoju. A jednak zaczynam się bać.
Kiedy pierwszy raz usłyszałam w telewizji, że zostają wprowadzone ograniczenia, obostrzenia i zakazy – słuchałam tego trochę z niedowierzaniem, ale i ze zrozumieniem. A teraz…
Kiedyś ta cała zawierucha się skończy. Może za kilka tygodni, może za miesiąc, dwa. Nie wiemy. Nikt nie wie … oprócz Wszechwiedzącego.
Zakaz (bo w praktyce tak to wygląda) uczestniczenia w mszy świętej w kościele i przyjmowania Najświętszej Eucharystii w sposób sakramentalny w wielu sercach spowodował ból i obudził tęsknotę, której nie da się uciszyć, bo z dnia na dzień woła coraz głośniej.
A kiedy będzie można do kościoła pójść – ilu z nas tam wróci? I czy nie będzie więcej takich, którzy powiedzą: jak widać – można żyć bez kościoła i bez paciorków klepanych przed i po mszy. Można obejrzeć transmisję i być w kościele bez wychodzenia z domu. Można – jak już bardzo chcecie – w tym uczestniczyć z nogą założoną na nogę i z kubkiem kawy w ręku. Przez internet czy telewizor i tak nikt nie zobaczy. Po co wam ta cała szopka, to coniedzielne chodzenie na mszę? To jakiś zabobon. Nie ma Boga, bo jakby był, to nie byłoby tej pandemii, nie byłoby chorych i umierających…
Boję się tego. Że wielu z nas nie wróci, nie zacznie od nowa, nie uwierzy mocniej.
Mam nadzieję, że się mylę.

Od powietrza, głodu, ognia i wojny… od codziennego odchodzenia od Ciebie… od bez-wiary i bez-wdzięczności – wybaw nas, Panie.

niedziela, 1 marca 2020

Wejście na posesję 20 metrów dalej

Piąta trzydzieści rano.
Jeszcze trochę zaspane miasto i trochę niemrawi ludzie. Chłodno. Wszędzie widać postawione kołnierze, czapki i kaptury. Okazuje się, że nawet ubranym od stóp do głów można wyglądać wyzywająco. Można zniechęcać wzrokiem i sposobem chodzenia. A nawet sposobem, w jaki czeka się na zmianę świateł na przejściu.


Chodnik wiedzie prosto, choć trzeba bardzo uważać na nogi. Prosto - przed siebie, choć płyty chodnikowe pamiętają pewnie zamierzchłe czasy poprzedniego stulecia. Niby niedużo, ale i nie tak mało. Ludzie, którzy urodzili się w XX wieku, są już dorośli. A raczej – pełnoletni. Różnica – subtelna, acz wyraźna.
Do miejsca, gdzie się umówiłam, jeszcze kilkaset metrów, ale mam spory zapas czasu. Idę zatem powoli; nigdzie się nie śpieszę. Rozglądam się ciekawie dokoła. Znam to miasto, kiedyś tu przez jakiś czas mieszkałam, ale o tej porze wszystko wygląda inaczej. Nie jakoś ciekawiej. Ale – inaczej, bardziej świeżo i lekko, bez tego przytłoczenia całodziennym hałasem, bez ciężaru całego dnia, bez odgłosu klaksonów, bez burzy emocji, jakie towarzyszą ludziom w ich pracy, w drodze do domu, po zakupy, w autobusach i hipermarketach.


Mijam stare, zniszczone ogrodzenie. Zrobione w dawnym stylu, z powyginanych fantazyjnie stalowych prętów, z których tu i ówdzie odpadły już metalowe kółeczka, blaszki i kulki. Płot jest zardzewiały i widać, że nikt dawno się nim nie zajmował. Stoi jednak na straży, resztkami sił broniąc dostępu do znajdującej się za nim posesji tym, którzy mieliby ochotę zakłócić bezruch tego miejsca. Ogrodzenie zaczyna się bramą, równie zardzewiałą i zniszczoną, jak cała konstrukcja. Oba jej skrzydła są połączone starym, grubym łańcuchem, kilkakrotnie okręconym wokół jej osnowy. Końce łańcucha łączy kłódka. Potężna, duża, na pierwszy rzut oka ciężka i nie do sforsowania. Zadziwiająco nowoczesna. I błyszcząca w promieniach poranka, lśniąca nowością.


Przystanęłam, zaskoczona tą odmiennością.
Za ogrodzeniem wznosi się budynek. Stary, opuszczony, straszący pustymi futrynami po oknach. Miejsca, gdzie kiedyś były drzwi, są zasłonięte deskami, przybitymi poziomo i – niby pieczęć – na ukos, od lewego dolnego rogu do prawego górnego. Wejścia nie ma. Na dachu smętnie sterczą resztki komina z czerwonej cegły, a tuż obok – kawałek jakiejś konstrukcji, z której zwisają kawałki drutów, poruszane wiatrem, na darmo próbujące zerwać się z tej uwięzi.
Dawno nikogo tu nie było. Resztki pozimowej flory, swobodnie i bez żadnego skrępowania okalające budowlę, nie noszą żadnych śladów jakiejkolwiek bytności.
Idę dalej, cały czas wzdłuż ogrodzenia, które – raptownie się kończy, odsłaniając ślady korozji i ludzkiej ingerencji – ostre, niczym nie zabezpieczone, końcówki porozcinanych prętów jawią mi się niby zaproszenie do odwiedzin, z którego za żadną cenę nie chciałabym skorzystać. Kilka metrów dalej – furtka. Zdezelowana i zniszczona, z połamanymi prętami i zniszczonym górnym zawiasem, a na furtce napis: „Wejście wzbronione. Wejście na posesję 20 metrów dalej”.
Powoli oddalam się w kierunku miejsca mojego umówionego spotkania. Napis z furtki unoszę pod powiekami. Głęboko oddycham. Czuję, jak powietrze dociera do każdego zakamarka mojego organizmu. 

czwartek, 6 lutego 2020

***


Tylko patrzyła.
W tych oczach, po raz pierwszy w życiu, widziała siebie taką, jakiej nigdy wcześniej siebie nie znała. Pewną siebie i swojego miejsca. Pełną ufności, ale też spokoju i takiej chęci do życia, jakiej chyba nigdy nie odczuwała. Nie wiedziała, kiedy i jak to się zmieniło. Ona, wiecznie użalająca się nad sobą, ciągle mająca do siebie o wszystko pretensje – nauczyła się walczyć o siebie, odważnie chwytać każdy dzień, nie odpuszczać i konsekwentnie dążyć do wyznaczonego sobie celu.
On jeden umiał tak się do niej zbliżyć, że nie czuła lęku. Nie bała się go, choć strach był jej drugim imieniem – zawsze, kiedy obok niej pojawiał się ktoś, komu mogłaby pozwolić zajrzeć w głąb swojego serca. Nikomu na to nie pozwalała, za dużo tam było sekretów, nierozwiązanych spraw, nienazwanych istnień, niedokończonych zamiarów. Jej serce było jak pożar, który trawił wszystko, czego dotknął – i który zostawiał wszystko nadpalone i wątłe, choć nigdy niczego doszczętnie nie unicestwiał. Zostawiał ból – ale nie pozwalał go uśmierzyć, i lęk – do którego, jak do ogniska, dokładał po małej gałązce obaw i wątpliwości, aby trwał zawsze, nie zapominany nawet przez chwilę.


On podszedł bliżej. Łagodnie i odważnie, delikatnie i jednocześnie bez najmniejszych okruchów niepewności; niczym wyśmienity chirurg dotykał po kolei wszystkich obszarów, które napotykał; nie mamił i nie oszukiwał, konsekwentnie odkrywał wszystko, co do tej pory bardzo skrupulatnie chowała i ukrywała. Nie bała się. Nie wiedziała dlaczego. Nie bała się i w pewien sposób nawet chciała, aby to wszystko przestało być niewidzialne. Była zmęczona tą tajemnicą.
On pojawił się znikąd i nagle. Zupełnie jakby w ciemnym pokoju ktoś zapalił światło i nagle okazało się, że on tam był cały czas, tylko ona go nie widziała. Nie narzucał się i dał jej czas, aby się oswoiła z jego obecnością. Podchodził powoli i ostrożnie, pozwalając, aby nauczyła się go rozpoznawać i zauważać bez obaw. Chciał, aby cieszyła się z jego obecności – i aby tęskniła za nim, kiedy on będzie milczał.
Był jej mentorem i przewodnikiem. Była pewna jego wiedzy, jego doświadczenia, jego cierpliwości i umiejętności.
Była pewna.


środa, 15 stycznia 2020

Spotkanie. Zwłaszcza pierwsze.



Spotkania bywają różne.
Zwłaszcza te pierwsze.
Umówiłyśmy się na przystanku. Tak było najprościej. Jechałam skądś, podążałam gdzieś, więc właściwie – tutaj było mi najbliżej.
Pierwsze zaskoczenie: nie spóźniła się. Była nawet przed czasem. Zauważyłam ją zanim stanęła przede mną. Szła szybkim krokiem, jakby się spieszyła, a jednocześnie – była tak bardzo uważna.
„Mam specjalne miejsce dla nas” – powiedziała, kiedy stanęła przede mną – „powinni mieć otwarte, spodoba ci się”. Mieli tam mieć książki (uwielbiam!), miała być świetna atmosfera i spokojna, przytulna cisza, sprzyjająca rozmowie. A kiedy się okazało, że mieli zamknięte… znalazłyśmy inne miejsce, nie żaden McDonalds ani PizzaHut. Przyciemnione światło, szmer rozmów. Duży stolik, przy którym można było usiąść naprzeciwko siebie i rozmawiać bez patrzenia na zegarek i pyszna kawa, która w dobrym towarzystwie smakowała naprawdę dobrze.


Nie znałyśmy się wcześniej. Widziałyśmy się gdzieś, ale nie wiedziałyśmy o sobie nic. Potem przypadek sprawił, że najpierw mail, potem telefon, potem spotkanie… choć żadna z nas nie wierzy w przypadki.
Rozmowa była długa. Chwilami bardziej poważna niż to może wypadało przy pierwszym spotkaniu, ale – nie czułyśmy żadnego skrępowania ani zawstydzenia. Rozmawiałyśmy, z całą uwagą wysłuchując siebie nawzajem i nie układając sobie odpowiedzi naprzód. Tak normalnie i z szacunkiem, bez przesady w żadną stronę.
Kiedy odprowadziła mnie na pociąg i potem, kiedy jechałam do domu, kiedy myślałam o tym spotkaniu, o naszej rozmowie – czułam spokój. Nie miałam wrażenia, że coś za mało albo czegoś za dużo; że może za długo albo nietaktownie. Wszystko było w punkt.
I dziś, teraz – wróciła do mnie ta rozmowa. Bezsenna noc, jakieś niezidentyfikowane głosy zza okna (to znaczy ludzkie, ale ludzie mi nieznani), wędrówki do kuchni, żeby napić się wody, bo może dlatego nie mogę spać…
I myślałam: jak to dobrze, że są ludzie, którzy wlewają we mnie pokój. Którzy nie mają na twarzy wypisanych jedynie roszczeń, ale którzy są otwarci i słuchający. Tacy, którzy bez zbędnych formalności potrafią powiedzieć wprost i bez owijania, ale – zawsze z pełnym szacunkiem. Tacy, którzy nie skupiają się na tym, co sami chcą powiedzieć, ale przynajmniej równie ważne jest to, co inni mają do powiedzenia. Którzy nie przerywają i nie wchodzą w słowo.
I tacy, którzy specjalnie dla mnie wybierają takie miejsce do rozmowy, aby tym miejscem okazać mi swój szacunek.
(Ten wpis dedykuję D., z wdzięcznością za dobrą lekcję dobrej rozmowy, za dobre spotkanie, choć pierwsze, i za specjalne miejsce, z książkami i dobrą kawą. I z kominkiem!)



niedziela, 12 stycznia 2020

Przypadki szkolne czyli Przemo jedzie na narty :)

- Ha! - ostatnia lekcja, koniec! - Patryk wpadł do pokoju nauczycielskiego i rzucił teczkę na krzesło - jak ja lubię ostatnie lekcje. Każda mogłaby być ostatnia, no nie? - zwrócił się do Marty, która wypełniała dziennik elektroniczny, siedząc przy dyżurnym biurku - jedynym, jakie stało w tym pomieszczeniu. 
Marta nie zdążyła mu odpowiedzieć, bo do pokoju wtargnął Najbardziej Wysportowany Belfer czyli wuefista:
Nareszcie! - Przemek z widoczną satysfakcją wrzucił do szafki zestaw książek z ćwiczeniami dla klasy ósmej "Mały Pitagoras, cz. 4", które na korytarzu zabrał od Hanki, budząc w niej tym gestem uczucie ogromnej wdzięczności - wreszcie wolne! Ileż można czekać. Od jutra ferie... - rozmarzył się - czujecie? Narty! Łyżwy! Snowboard! 



Marta i Hanka spojrzały na siebie porozumiewawczo.
- Przemuś, a ty po feriach chcesz wrócić do pracy czy do szpitala? - spytała Klara, uważnie oglądając swoje pomalowane na ciemnoczerwono paznokcie - Najpierw połamiesz sobie nogi, potem przymarzniesz do lodu, a potem przysypie cię lawina, zobaczysz - prorokowała z poważną miną.
- Ale że jak? - Marta odstawiła kubek z kawą, żeby móc rozłożyć ręce w geście bezradności wobec toku rozumowania Klary - to jak połamie sobie nogi na nartach, to potem pójdzie na łyżwy? Da się tak?
- Aaa... - zorientowała się Klara - no to może nie złamie, tylko skręci kostkę czy coś. Albo w ogóle tylko się potłucze. Potłuczony może jeździć na łyżwach, nie? Przemo, możesz?
Przemek stał i coraz większymi oczami patrzył raz na Martę, raz na Klarę. 
- Nie wiem - w końcu przemówił - ale wiem jedno. 
- No? - dało się słyszeć z trzech kobiecych gardeł jednocześnie - co wiesz?
Przemek nabrał powietrza do płuc.
- Nie zamierzam się przewracać, łamać, tłuc, skręcać sobie kostek ani przymarzać do lodu. Za to mam wrażenie, że niektórzy już wrócili z nart. Bo gadają jak potłuczeni...

piątek, 10 stycznia 2020

Ślad na szybie

Dotknęła palcem zamglonej szyby. Powolutku, pomaleńku pociągnęła opuszkiem pod lekkim skosem w dół, a potem pod takim samym kontem w górę. Na palcu zalśniła kropelka wody, a na szybie - został ślad ingerencji. Popatrzyła. Jeszcze jeden gest. Skończone. Gotowe. Oczywiste. Symbol wszystkiego, co miało dla niej znaczenie - i tego, co bezpowrotnie straciła. Porwana nagłym impulsem jednym ruchem dłoni zniszczyła tak pieczołowicie wyrysowane chwilę wcześniej dzieło.


Jednym ruchem dłoni przekreśliła cały swój świat. Nie spodziewała się, że w ciągu dwóch dni zrobi to dwa razy. I za każdym razem, wydawało się, że ostatecznie... czy ostatecznie?
Nie była naiwna. Widziała w życiu wystarczająco dużo, żeby nie dać się nabrać tak często, jak chcieliby tego ludzie. Najgorsze, że właśnie ci, których uważała za sobie najbliższych - i ci, którym najbardziej ufała.
I ciągle nie wiedziała, dlaczego tak...
Kiedy miała 10 lat, jej ojciec zginął w wypadku. Nie z jego winy, jak na początku mówiono, ale ta świadomość nie tłumiła bólu  i nie gasiła żalu do świata i Boga. Dla dziesięcioletniej dziewczynki ojciec - to heros. To gość, który wszystko może i wszystko wie. I nie ma niczego, czego nie potrafi. To super Ktoś. Przynajmniej dla niej, dla małej Magdy, był kimś takim.
Potem usłyszała kiedyś, jak macocha rozmawiała w przedpokoju z policjantami i oni powiedzieli, że jej tata zasnął za kierownicą, że we krwi miał alkohol, dlatego nie zahamował i dlatego wjechał w tamtą ciężarówkę. Nie miał szans, żeby z tego wyjść. Magda stała za drzwiami i wszystko słyszała. Każde słowo z tej rozmowy wwiercało się w jej mózg i zostawiało tam rany, które bolały bardziej niż wizyta u dentysty.

- Mama? Co się stało?
Pośpiesznie starła łzy z oczu. Odwróciła się od okna i wymuszonym grymasem uśmiechnęła się do pięcioletniego syna, który z pluszakiem w ręku stanął w drzwiach kuchni.


- Nic, Synku. Zamyśliłam się. Dlaczego nie śpisz? - podeszła do chłopca i przytuliła jego rozczochraną głowę. - Zaśpiewać ci kołysankę?
- Lepiej opowiedz bajkę, wolę jak czytasz. Lubię cię słuchać.
- O małym Kacperku?
- O Kacperku.
Dłoń chłopca powędrowała ufnie do dłoni kobiety, która objęła ją z całą miłością, na jaką ją było stać.
Kochać nie wysilając się na nadzwyczajność. Otulić kołdrą. Opowiedzieć bajkę.  Przytulić bez powodu. Słuchać. Być.
W jej życiu tego zabrakło. A jej synek był tym, co pomagało uwierzyć, że wszystko jeszcze może być dobrze.

cdn.


niedziela, 22 grudnia 2019

O tym, czego brakuje


Nie zawsze jest świątecznie; nawet jak choinki wszędzie, i bombki, i prezenty na każdym zakręcie, to bywa, że codzienność im bliżej Bożego Narodzenia - boli, uwiera, doskwiera i dotyka tak, że tchu brakuje, a i łez też wcale nie jest za dużo.

Nie zamierzam narzekać i się użalać. Ale co rok jest to samo i za każdym razem jestem szczerze zdziwiona, że coraz bliżej wigilia, Boże Narodzenie, a ciągle za mało nam świątecznie.
Skąd mi to?


Gdzieś w głębi wiemy, co najważniejsze. Mamy to wpisane w serca i wdrukowane w duszę. Mamy świadomość, przeczucie, szósty i siódmy zmysł… Czego nam brakuje? Czego MI brakuje?
Zaufania.
Zawierzenia.
Oddania wszystkiego w najlepsze Ręce.
I spokoju, płynącego z tego zaufania i zawierzenia.
Bo my ciągle kombinujemy.

I nie chodzi nawet o tą choinkę, czy w tym roku kolorowa czy złota, bo to modne i znajomi tak mają. I nie o karpia czy może lepiej pstrąg, bo to też ryba, a smaczniejszy podobno. O sianko pod obrusem i tą naszą niewinną (?) zabawę, kto dłuższą trawkę wyciągnie, też nie chodzi.
Rekolekcje. Spowiedź, choć nie wielkanocna, to przecież – nie wiem, czy nie najważniejsza. Żeby rok zamknąć dobrze, ze spokojem i ciszą w sercu. Z zasłuchaniem w to, z czym kończymy i z tym, za co powinniśmy podziękować. Żeby od pierwszego dnia nowego roku – zacząć naprawdę od nowa, a nie ciągle z jedną nogą w przeszłości.
Nie lubimy, jak nas ktoś poucza. Więc idzie się do kościoła, a nie na mszę, potem się wraca… i się żyje jak wcześniej. I ciągle się dziwimy, że nie mamy bliżej, ani łatwiej, ani do przodu.
Kombinujemy i chcemy dojść do celu – naokoło, a mimo to szybciej. Lawirujemy, a to nasze „jakoś to będzie” staje się hasłem nie na chwilę, ale – na zawsze. I potem już zazwyczaj jest „jako tako”, „może być” i „oby nie było gorzej”. Czasem udaje się na ogarnąć na chwilę, na kilka dni, na tydzień. A potem? „Niech to się już skończy”, wzdychamy, „niech już będzie po świętach”.
I może nieco infantylnie, ale to trochę tak, jakby bombki były bez choinki. Niby świątecznie, ale jednak czegoś brakuje.


Nie da się tak.
Nie da się bez zaufania, zawierzenia.
„I choćby przyszło tysiąc atletów”, jak pisał pewien bajkopisarz, „to nie udźwigną. Taki to ciężar”.

Nie nieś wszystkiego sam. Zaufaj, oddaj i pozwól sobie pomóc. I naprawdę uwierz, że wtedy będzie – może nie od razu – ale na pewno – o niebo lepiej.

czwartek, 28 listopada 2019

Wędrowny Anioł (XXVI)

- Widziałaś? Jeszcze nie opadły wszystkie liście, a gałązki już są pokryte lodem.


Kiedy rano otworzyłam oczy, Wędrowny stał przy oknie i wyglądał na zewnątrz. Powoli przesuwał wzrokiem po drzewach, dachach okolicznych domów, uśmiechając się na widok zawadiackich wróbli i uważnie obserwując, jak miejskie gołębie walczą o kawałki chleba, rzucane im przez małą dziewczynkę, której mama była zajęta rozmową przez telefon.
Dziewczynka zafascynowana patrzyła, jak ptaki podchodzą po rzucany im pokarm tak blisko, że można je było dotknąć. Chwytały co większe kawałki i prędko odfruwały na odpowiednią odległość, aby za chwilę powrócić i powtórzyć manewr.
Trawnik był pokryty cieniutką warstwą bieli, jakby niechcący dotknięty pędzlem przez nieuważnego malarza. Drobinki wilgoci, uwięzione przez mróz w lodowej pułapce, skrzyły się w wyjątkowo ostrym słońcu, puszczając niby sygnały świetlne alfabetem Morse`a, wysyłane do nieznanego adresata.


Nieopodal przejechał samochód. Mama dziewczynki, nie przestając prowadzić rozmowy, odruchowo ścisnęła rękę córeczki, jakby chroniąc ją przed niewiadomym niebezpieczeństwem.
Gołębie poderwały się gwałtownie z chodnika, porzucając jeszcze nie zdobyte pożywienie, i porozsiadały się na pobliskich parapetach i dachach, z bezpiecznej odległości obserwując rozwój sytuacji na ziemi.


Wędrowny uśmiechnął się.
- Niedługo zima. Ale sen, jaki ogarnie ziemię, będzie czuwaniem niż drzemką. Lód spadnie z gałązek na ziemię, trawa znów będzie zielona, a drzewa pokryją się liśćmi. Naturalna kolej rzeczy. O, właśnie, kolej... Pamiętasz, że powinnaś zdążyć na pociąg?
Pamiętałam. Stanęłam na wprost okna. Zrobiłam znak krzyża. Zaczynałam dzień.



poniedziałek, 18 listopada 2019

Meta niewarta pośpiechu


Meta niewarta pośpiechu.

Kiedy któregoś dnia przeczytałam do sformułowanie, przystanęłam.  Przyjrzałam się uważnie tym literom, ułożonym w ściśle określonym porządku. Przeczytałam na głos. Jeszcze raz, i jeszcze. Nie do wiary. Trzy słowa,
Nie da się nazwać i precyzyjnie określić, co wtedy poczułam. To była jak jakaś tajemnica, której początku nie znałam, a końca nie byłam w stanie odgadnąć. Sekret. Zagadka dla wtajemniczonych. Mądrość pióra, które zostawiło ślad na kartce papieru – i atramentu, który pokazał znaki, choć nie wyjaśnił ich znaczenia.


Meta niewarta pośpiechu.
Takie miejsce, gdzie wydaje się nam, że będzie wspaniale i będzie wszystkiego pod dostatkiem, a okazuje się, że jest bardziej zwykłe niż to możliwe. Takie byle co i byle jak. Byle z kim, na łapu capu. I byle gdzie. Wszędzie czyli nigdzie. Pustka, która nie niesie nic. I nie daje niczego, a wszystko zabiera. Zostawia z pustką. Z niedopowiedzianym. Ze smutkiem i rozczarowaniem.
Bo pięknie miało być.
Miało być zwyczajnie, ale przytulnie. I ciepło, choć jesień albo zima może za oknem. Miało być tak, żeby nie chciało się być gdzie indziej. A wcale na to się nie zanosi.



Każdy ma ją swoją. I, przy odrobinie szczęścia, sam ją sobie wyznacza. Wszystkiego sam może dopilnować, doprecyzować, nazwać i oswoić.
I chodzi o to, żeby nasza meta była odwrotnością. Żeby dawała to, co obiecuje, żeby nie zostawiała bez sił i bez nadziei. Żeby karmiła i gasiła pragnienie. Nie sama ona, oczywiście, ale to, co na niej. Żebyśmy wiedzieli, że warto do niej biec, ale – nie warto skracać sobie drogi. Żeby nie tyle się nie śpieszyć, co – wiedzieć, o co idzie gra. Odczytać każdy dany nam znak, usłyszeć każdą wskazówkę, mieć odwagę – wprowadzić w życie to, co nam w sercu, w drodze do tej mety, zagrało. O to chodzi, żeby słuchać serca. Żeby wsłuchiwać się w jego poruszenia i być wiernym. I odważnym.

Meta niewarta pośpiechu. Oby nie była naszym udziałem.

PS. Nie wymyśliłam tego sformułowania. Jego autorką jest Monika A. Oleksa, której Dobre Myśli do Kawy niemal codziennie rano mi towarzyszą - właśnie przy porannej kawie, a "meta niewarta pośpiechu" poruszyła mnie tak bardzo, że musiałam o tym napisać. Moniko - dziękuję!

Nic się nie zmieniło.

Naszym największym życzeniem jest, żeby pandemia jak najszybciej przeszła do zamierzchłej historii. I o ile historia w tym wypadku jest spra...