Pokazywanie postów oznaczonych etykietą myśli. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą myśli. Pokaż wszystkie posty

sobota, 30 maja 2020

Nic się nie zmieniło.



Naszym największym życzeniem jest, żeby pandemia jak najszybciej przeszła do zamierzchłej historii. I o ile historia w tym wypadku jest sprawą naturalną, o tyle „zamierzchłość” już taka naturalna nie jest.

„Polacy otwierają serca!”

„Tragedia nas jednoczy”

„Jesteśmy bezinteresowni”

To tylko niektóre z nagłówków, jakie można było przeczytać w codziennej prasie. Serce rośnie. Wyrazy wsparcia, więcej empatii i zrozumienia, pomoc w robieniu zakupów… to wszystko napawa optymizmem. I to dobrze, że tak jest. Ale kiedyś mija pierwszy szok i zaczyna wracać w miarę normalne życie…

Zaczyna się od hejtu na lekarzy. I życzliwych podpowiedzi, żeby na czas zagrożenia … wyprowadzili się ze swoich mieszkań i nie narażali sąsiadów i znajomych z bloku i osiedla.

Co potem?

Lublin, autobus miejski.

Na drzwiach kartka informująca o limicie osób, jaki może jednocześnie przebywać w pojeździe. W środku – miejsca siedzące zajęte, kilkanaście osób stoi. Niemal każdy albo patrzy na swój telefon, albo przez niego rozmawia.

„Wszystko przez niego” – słyszę gdzieś zza pleców „ja go dorwę, nie będzie litości”. Zerkam. Młoda, zadbana kobieta, przytulająca małego, może pięcioletniego synka w maseczce. I stek przekleństw, które niczym nieskrępowane panoszą się w całym autobusie, bo pani rozmawia bardzo swobodnie i głośno.

Ten sam autobus. Żółto-czarna taśma „oddzielająca” pierwszy rząd miejsc do siedzenia od reszty autobusu. I wciąż te same podziały wśród ludzi. Lepsi-gorsi, my-oni. I jeszcze, i znowu…

Nic się nie zmieniło.

Ludzie wciąż nienawidzą, wciąż rzucają oskarżenia, wciąż walczą na śmierć i życie. „Dla dziecka”, „o lepsze jutro”, „bo zmarnowałeś mi 5 lat życia”.

Są też ludzie dobrzy, mądrzy, otwarci i wrażliwi. I pewnie jest ich całkiem sporo. Tylko ciągle szkoda, że ta proporcja od wieków pozostaje niezmienna i że żadna tragedia, żadna próba i żaden chichot losu nie są w stanie tych proporcji znacząco zmienić na plus dla tych drugich.

(Napisałam, że Lublin. W tym akurat przypadku nazwa miasta ma znaczenie drugorzędne. Gdzie indziej mogłoby być bardzo podobnie.)


czwartek, 6 lutego 2020

***


Tylko patrzyła.
W tych oczach, po raz pierwszy w życiu, widziała siebie taką, jakiej nigdy wcześniej siebie nie znała. Pewną siebie i swojego miejsca. Pełną ufności, ale też spokoju i takiej chęci do życia, jakiej chyba nigdy nie odczuwała. Nie wiedziała, kiedy i jak to się zmieniło. Ona, wiecznie użalająca się nad sobą, ciągle mająca do siebie o wszystko pretensje – nauczyła się walczyć o siebie, odważnie chwytać każdy dzień, nie odpuszczać i konsekwentnie dążyć do wyznaczonego sobie celu.
On jeden umiał tak się do niej zbliżyć, że nie czuła lęku. Nie bała się go, choć strach był jej drugim imieniem – zawsze, kiedy obok niej pojawiał się ktoś, komu mogłaby pozwolić zajrzeć w głąb swojego serca. Nikomu na to nie pozwalała, za dużo tam było sekretów, nierozwiązanych spraw, nienazwanych istnień, niedokończonych zamiarów. Jej serce było jak pożar, który trawił wszystko, czego dotknął – i który zostawiał wszystko nadpalone i wątłe, choć nigdy niczego doszczętnie nie unicestwiał. Zostawiał ból – ale nie pozwalał go uśmierzyć, i lęk – do którego, jak do ogniska, dokładał po małej gałązce obaw i wątpliwości, aby trwał zawsze, nie zapominany nawet przez chwilę.


On podszedł bliżej. Łagodnie i odważnie, delikatnie i jednocześnie bez najmniejszych okruchów niepewności; niczym wyśmienity chirurg dotykał po kolei wszystkich obszarów, które napotykał; nie mamił i nie oszukiwał, konsekwentnie odkrywał wszystko, co do tej pory bardzo skrupulatnie chowała i ukrywała. Nie bała się. Nie wiedziała dlaczego. Nie bała się i w pewien sposób nawet chciała, aby to wszystko przestało być niewidzialne. Była zmęczona tą tajemnicą.
On pojawił się znikąd i nagle. Zupełnie jakby w ciemnym pokoju ktoś zapalił światło i nagle okazało się, że on tam był cały czas, tylko ona go nie widziała. Nie narzucał się i dał jej czas, aby się oswoiła z jego obecnością. Podchodził powoli i ostrożnie, pozwalając, aby nauczyła się go rozpoznawać i zauważać bez obaw. Chciał, aby cieszyła się z jego obecności – i aby tęskniła za nim, kiedy on będzie milczał.
Był jej mentorem i przewodnikiem. Była pewna jego wiedzy, jego doświadczenia, jego cierpliwości i umiejętności.
Była pewna.


środa, 15 stycznia 2020

Spotkanie. Zwłaszcza pierwsze.



Spotkania bywają różne.
Zwłaszcza te pierwsze.
Umówiłyśmy się na przystanku. Tak było najprościej. Jechałam skądś, podążałam gdzieś, więc właściwie – tutaj było mi najbliżej.
Pierwsze zaskoczenie: nie spóźniła się. Była nawet przed czasem. Zauważyłam ją zanim stanęła przede mną. Szła szybkim krokiem, jakby się spieszyła, a jednocześnie – była tak bardzo uważna.
„Mam specjalne miejsce dla nas” – powiedziała, kiedy stanęła przede mną – „powinni mieć otwarte, spodoba ci się”. Mieli tam mieć książki (uwielbiam!), miała być świetna atmosfera i spokojna, przytulna cisza, sprzyjająca rozmowie. A kiedy się okazało, że mieli zamknięte… znalazłyśmy inne miejsce, nie żaden McDonalds ani PizzaHut. Przyciemnione światło, szmer rozmów. Duży stolik, przy którym można było usiąść naprzeciwko siebie i rozmawiać bez patrzenia na zegarek i pyszna kawa, która w dobrym towarzystwie smakowała naprawdę dobrze.


Nie znałyśmy się wcześniej. Widziałyśmy się gdzieś, ale nie wiedziałyśmy o sobie nic. Potem przypadek sprawił, że najpierw mail, potem telefon, potem spotkanie… choć żadna z nas nie wierzy w przypadki.
Rozmowa była długa. Chwilami bardziej poważna niż to może wypadało przy pierwszym spotkaniu, ale – nie czułyśmy żadnego skrępowania ani zawstydzenia. Rozmawiałyśmy, z całą uwagą wysłuchując siebie nawzajem i nie układając sobie odpowiedzi naprzód. Tak normalnie i z szacunkiem, bez przesady w żadną stronę.
Kiedy odprowadziła mnie na pociąg i potem, kiedy jechałam do domu, kiedy myślałam o tym spotkaniu, o naszej rozmowie – czułam spokój. Nie miałam wrażenia, że coś za mało albo czegoś za dużo; że może za długo albo nietaktownie. Wszystko było w punkt.
I dziś, teraz – wróciła do mnie ta rozmowa. Bezsenna noc, jakieś niezidentyfikowane głosy zza okna (to znaczy ludzkie, ale ludzie mi nieznani), wędrówki do kuchni, żeby napić się wody, bo może dlatego nie mogę spać…
I myślałam: jak to dobrze, że są ludzie, którzy wlewają we mnie pokój. Którzy nie mają na twarzy wypisanych jedynie roszczeń, ale którzy są otwarci i słuchający. Tacy, którzy bez zbędnych formalności potrafią powiedzieć wprost i bez owijania, ale – zawsze z pełnym szacunkiem. Tacy, którzy nie skupiają się na tym, co sami chcą powiedzieć, ale przynajmniej równie ważne jest to, co inni mają do powiedzenia. Którzy nie przerywają i nie wchodzą w słowo.
I tacy, którzy specjalnie dla mnie wybierają takie miejsce do rozmowy, aby tym miejscem okazać mi swój szacunek.
(Ten wpis dedykuję D., z wdzięcznością za dobrą lekcję dobrej rozmowy, za dobre spotkanie, choć pierwsze, i za specjalne miejsce, z książkami i dobrą kawą. I z kominkiem!)



niedziela, 22 grudnia 2019

O tym, czego brakuje


Nie zawsze jest świątecznie; nawet jak choinki wszędzie, i bombki, i prezenty na każdym zakręcie, to bywa, że codzienność im bliżej Bożego Narodzenia - boli, uwiera, doskwiera i dotyka tak, że tchu brakuje, a i łez też wcale nie jest za dużo.

Nie zamierzam narzekać i się użalać. Ale co rok jest to samo i za każdym razem jestem szczerze zdziwiona, że coraz bliżej wigilia, Boże Narodzenie, a ciągle za mało nam świątecznie.
Skąd mi to?


Gdzieś w głębi wiemy, co najważniejsze. Mamy to wpisane w serca i wdrukowane w duszę. Mamy świadomość, przeczucie, szósty i siódmy zmysł… Czego nam brakuje? Czego MI brakuje?
Zaufania.
Zawierzenia.
Oddania wszystkiego w najlepsze Ręce.
I spokoju, płynącego z tego zaufania i zawierzenia.
Bo my ciągle kombinujemy.

I nie chodzi nawet o tą choinkę, czy w tym roku kolorowa czy złota, bo to modne i znajomi tak mają. I nie o karpia czy może lepiej pstrąg, bo to też ryba, a smaczniejszy podobno. O sianko pod obrusem i tą naszą niewinną (?) zabawę, kto dłuższą trawkę wyciągnie, też nie chodzi.
Rekolekcje. Spowiedź, choć nie wielkanocna, to przecież – nie wiem, czy nie najważniejsza. Żeby rok zamknąć dobrze, ze spokojem i ciszą w sercu. Z zasłuchaniem w to, z czym kończymy i z tym, za co powinniśmy podziękować. Żeby od pierwszego dnia nowego roku – zacząć naprawdę od nowa, a nie ciągle z jedną nogą w przeszłości.
Nie lubimy, jak nas ktoś poucza. Więc idzie się do kościoła, a nie na mszę, potem się wraca… i się żyje jak wcześniej. I ciągle się dziwimy, że nie mamy bliżej, ani łatwiej, ani do przodu.
Kombinujemy i chcemy dojść do celu – naokoło, a mimo to szybciej. Lawirujemy, a to nasze „jakoś to będzie” staje się hasłem nie na chwilę, ale – na zawsze. I potem już zazwyczaj jest „jako tako”, „może być” i „oby nie było gorzej”. Czasem udaje się na ogarnąć na chwilę, na kilka dni, na tydzień. A potem? „Niech to się już skończy”, wzdychamy, „niech już będzie po świętach”.
I może nieco infantylnie, ale to trochę tak, jakby bombki były bez choinki. Niby świątecznie, ale jednak czegoś brakuje.


Nie da się tak.
Nie da się bez zaufania, zawierzenia.
„I choćby przyszło tysiąc atletów”, jak pisał pewien bajkopisarz, „to nie udźwigną. Taki to ciężar”.

Nie nieś wszystkiego sam. Zaufaj, oddaj i pozwól sobie pomóc. I naprawdę uwierz, że wtedy będzie – może nie od razu – ale na pewno – o niebo lepiej.

poniedziałek, 18 listopada 2019

Meta niewarta pośpiechu


Meta niewarta pośpiechu.

Kiedy któregoś dnia przeczytałam do sformułowanie, przystanęłam.  Przyjrzałam się uważnie tym literom, ułożonym w ściśle określonym porządku. Przeczytałam na głos. Jeszcze raz, i jeszcze. Nie do wiary. Trzy słowa,
Nie da się nazwać i precyzyjnie określić, co wtedy poczułam. To była jak jakaś tajemnica, której początku nie znałam, a końca nie byłam w stanie odgadnąć. Sekret. Zagadka dla wtajemniczonych. Mądrość pióra, które zostawiło ślad na kartce papieru – i atramentu, który pokazał znaki, choć nie wyjaśnił ich znaczenia.


Meta niewarta pośpiechu.
Takie miejsce, gdzie wydaje się nam, że będzie wspaniale i będzie wszystkiego pod dostatkiem, a okazuje się, że jest bardziej zwykłe niż to możliwe. Takie byle co i byle jak. Byle z kim, na łapu capu. I byle gdzie. Wszędzie czyli nigdzie. Pustka, która nie niesie nic. I nie daje niczego, a wszystko zabiera. Zostawia z pustką. Z niedopowiedzianym. Ze smutkiem i rozczarowaniem.
Bo pięknie miało być.
Miało być zwyczajnie, ale przytulnie. I ciepło, choć jesień albo zima może za oknem. Miało być tak, żeby nie chciało się być gdzie indziej. A wcale na to się nie zanosi.



Każdy ma ją swoją. I, przy odrobinie szczęścia, sam ją sobie wyznacza. Wszystkiego sam może dopilnować, doprecyzować, nazwać i oswoić.
I chodzi o to, żeby nasza meta była odwrotnością. Żeby dawała to, co obiecuje, żeby nie zostawiała bez sił i bez nadziei. Żeby karmiła i gasiła pragnienie. Nie sama ona, oczywiście, ale to, co na niej. Żebyśmy wiedzieli, że warto do niej biec, ale – nie warto skracać sobie drogi. Żeby nie tyle się nie śpieszyć, co – wiedzieć, o co idzie gra. Odczytać każdy dany nam znak, usłyszeć każdą wskazówkę, mieć odwagę – wprowadzić w życie to, co nam w sercu, w drodze do tej mety, zagrało. O to chodzi, żeby słuchać serca. Żeby wsłuchiwać się w jego poruszenia i być wiernym. I odważnym.

Meta niewarta pośpiechu. Oby nie była naszym udziałem.

PS. Nie wymyśliłam tego sformułowania. Jego autorką jest Monika A. Oleksa, której Dobre Myśli do Kawy niemal codziennie rano mi towarzyszą - właśnie przy porannej kawie, a "meta niewarta pośpiechu" poruszyła mnie tak bardzo, że musiałam o tym napisać. Moniko - dziękuję!

poniedziałek, 8 kwietnia 2019

Wędrowny Anioł (XVI)

- Zawsze będzie za mało słów. I zawsze będzie ich za dużo.
Nigdy nie widziałam go tak poruszonego. Owszem, czasem bywał niespokojny, ale nigdy nie było w nim aż tyle gniewu. Czy Wędrowny wiedział, czym jest gniew?
- Zawsze będzie za mało słów. Przebaczenia przede wszystkim. Ale też zrozumienia, zgody i przyznania się do błędu. Ludzie będą odwracać głowę i będą udawać, że ich nie zauważają i że nie widzą, jak bardzo takich słów potrzeba. I że ich to nie dotyczy. Zamiast tego będą zajmować się sobą, będą zapatrzeni w siebie, będą się skupiać na tym, co im się opłaca, a co jest z ich punktu widzenia nieopłacalne, i nie będą pytać, czy na pewno mają rację. Oni będą pewni. Myślą, że zawsze ją mają.



- Ludzie tacy są... - próbowałam tłumaczyć, ale Wędrowny położył palec na swoich ustach. Smutnym spojrzeniem powiódł po zachmurzonym dzisiaj i nieprzejrzystym niebie. Wiedział, że za chmurami nadal świeci słońce, które wciąż daje ciepło i światło, ale zimna, szarostalowa zasłona nie pozwala nam tego zobaczyć.




Wędrowny modlił się jeszcze mocniej, choć wiem, że zawsze wkładał w swoją modlitwę całego siebie. Zaciskał powieki z całych sił, jakby ten wysiłek miał rozjaśnić niebo i przegonić chmury. 
Podłuższej chwili otworzył oczy i popatrzył na mnie smutno.
- Zawsze będzie za dużo słów. Zawsze ktoś powie o jedno słowo za dużo, ktoś inny nie będzie chciał pozostać dłużny… Słowa będą plątać się pod nogami, będą wyglądać z każdego kąta, będą się ujawniać w najmniej odpowiednim momencie. Człowiek nie będą ich szanować, będzie nimi szastać na prawo i lewo, będzie je rzucać na wiatr i nie będzie pamiętać, co powiedział przed chwilą.


Zerwał się deszcz.
Nabrzmiałe, ciężkie krople uderzały w parapet, robiąc dużo hałasu, a potem cicho i bezwolnie spływały na ziemię, rozlewając się po twardej nawierzchni betonowych płyt chodnika. Woda rozpaczliwie szukała drogi wyjścia, miotając się to tu, to tam. Wyglądało to jak miniaturowa powódź, która zalewa wszystko, co spotka na swojej drodze i wszystko to – niszczy.
Wędrowny wciąż się modlił.


środa, 3 kwietnia 2019

Wędrowny Anioł (XV)


Wiedziałam, że nie lubi, jak się mu przerywa modlitwę. Był tak z nią zjednoczony, że stanowił jedno i nie można było znaleźć żadnej rysy w tej jedności z Jego wiarą, zaufaniem i zawierzeniem. Modlił się zawsze. Każdym gestem, słowem, spojrzeniem. Był modlitwą.


Wiedziałam o tym wszystkim, ale w tamtym momencie nie umiałam się powstrzymać. Za dużo się stało, zbyt wiele było niewiadomych, było za ciemno i za daleko. Odezwałam się cicho, ale te trzy słowa zabrzmiały jak trzaśnięcie drzwiami.
- I co teraz?
Wędrowny nie oderwał oczu od nieba, tylko popatrzył na nie z jeszcze większą nadzieją.
- Nie wiem. Musisz czekać. Modlić się i czekać. Odpowiedź przyjdzie. Zawsze przychodzi, ale czasem trzeba czekać odrobinę zbyt długo. Pamiętasz? – uśmiechnął się, jak na wspomnienie jakichś miłych zdarzeń – Pan czasem przychodzi kwadrans za późno, ale zawsze zdąży na czas.


Spoważniał i odwrócił się w moją stronę.
- Wiesz, czasem tak po prostu jest. Nie możemy nic zrobić, nic zmienić, na nic i na nikogo wpłynąć. Czasem jesteśmy bezradni.
- Ale ja tak nie chcę!
Pierwszy raz od czasu, kiedy poznałam Wędrownego, powiedziałam coś głośniej niż zwykle.
Nie złościł się. Ledwo dostrzegalnym ruchem skrzydeł studził moje rozpalone emocjami czoło, a przymknięte powieki niosły ze sobą ciszę, mądrość oczekiwania i przedziwną pewność, że wszystko będzie dobrze.


Nie odpowiedział od razu. Pochylił głowę, jakby szukał odpowiednich słów, a potem wyszeptał:
- Nie zmienisz wszystkiego, co wydaje Ci się niewłaściwe, niemądre, nie-twoje i niemodne. Są rzeczy, które musisz przyjąć takie, jakie są, bo one nie zależą od Ciebie. Nie dlatego, że ktoś uznał, że nie dasz rady, ale dlatego, że to nie Ty masz takie zadanie. Twoim zadaniem jest czekać, trwać i ufać, że Bóg nie pozwoli, aby stało Ci się coś złego, bo jesteś Jego ukochanym dzieckiem. Przypomnij sobie – Jego głos był łagodny i melodyjny – „Aniołom swoim rozkazał o tobie, aby cię strzegli na wszystkich twoich ścieżkach”. Ufaj i trwaj.
- Aniołom? Posłał Ciebie?
Uśmiechnął się.
- Ja jestem tutaj dlatego, że On tego chce. Z Jego Woli, nie ze swojej. Wszystko jest dobrze wtedy, gdy jest tak jak On chce. Ja to wiem.
Zaufaj, proszę. W Jego Rękach jesteś bezpieczna.
Poczułam Jego dłoń na moim policzku. Zamknęłam oczy.

wtorek, 26 marca 2019

Wędrowny Anioł (XIII)

- Lubię wracać.
To jedno krótkie zdanie spowodowało, że spojrzałam na Niego z zainteresowaniem. Zauważył to. Uśmiechnął się z pobłażliwością, jak się uśmiecha na widok dziecka, które rozgląda się na wszystkie strony i zadaje mnóstwo pytań, nie czekając na odpowiedź.


- Wraca się tam, gdzie jest dobrze. I tam, gdzie jest dom, gdzie są bliscy. Tam, gdzie jest ciepło, nawet jak jest awaria ogrzewania - pozwolił sobie na delikatny żart.

Ostatnio taki był.
Częściej się uśmiechał, czasem powiedział jakiś subtelny żart, od którego robiło się jeszcze sympatyczniej, choć sama jego obecność zawsze była odświętna i radosna.
Częściej też się odzywał, ale zawsze nigdy nie pozwalał, aby zbyt wiele słów przesłoniło to, co można było dostrzec i zauważyć tylko w ciszy.






Lekko i delikatnie zatoczył dookoła dłonią.
- Zobacz. Wiosna przychodzi powoli i bez fajerwerków, ale przychodzi. Krokusy, śnieg już tylko w wyższych partiach gór. Czujesz ten zapach?
W powietrzu było coś takiego, czego nie umiałam nazwać. Jak jakaś tajemnica, nieznana ale budząca ciekawość i intrygująca. 

Wędrowny dotknął mojego ramienia i wzrokiem wskazał, gdzie należy spojrzeć. Na niebie rysowało się kilka białych ścieżek przelatujących samolotów. Dwie z nich zbliżały się do siebie, ale ostatecznie się nie spotkały i każda z nich zostawiała swój ślad, jedna niżej, droga wyżej.



- Zobacz. Nie zawsze spotkania w pół drogi wychodzą nam na dobre. Czasem trzeba ustąpić i zejść ze ścieżki, którą wędruje ktoś inny. 
Oboje w milczeniu obserwowaliśmy niebo, naznaczone śladami ścieżek i dróg, które na szczęście się nie spotkały. Kiedy nasyciliśmy nasze oczy, Wędrowny powtórzył:
- Lubię wracać. Powroty są potrzebne, żeby docenić to, czego na co dzień się nie dostrzega.







środa, 30 stycznia 2019

Poszukiwanie


Od kiedy pamiętam – byłam poszukiwaczem. 
Szukałam przygód, wdrapując się na drzewa, z których potem nierzadko nie umiałam zejść bez pomocy dorosłych, szukałam skarbów w naszej starej, prawdziwej studni, z wysoką cembrowiną i drewnianym wałem, na który nawijało się stalową linkę, na końcu której było umocowane wiadro. Szukałam też grzybów w pobliskim lesie, czterolistnych koniczynek na łące i najbardziej dorodnych kasztanów, kiedy wracałam ze szkoły do domu. Szukałam też nowych dróg do znanych miejsc i ścieżek, które zaprowadziłyby mnie do miejsc, których nie znam. Bardzo szybko zaczęłam odkrywać, że to, o czym marzę i czego szukam, najłatwiej znajdę zamykając oczy i wyobrażając sobie to, co tylko przyjdzie mi do głowy. Stałam się poszukiwaczem słów.


W moich poszukiwaniach słów zdarzały się wtedy takie momenty, kiedy tych słów było za dużo. Wszystkie niemal krzyczały, przepychały się, potrącały łokciami i chciały stać w pierwszym szeregu.
Były jak niesforne dzieci, które nie słuchają upomnień, tylko biegają i wszędzie ich pełno. Długo zastanawiałam się, z czego to wynika. Powoli zaczęłam odkrywać, że gdy zaczynam słuchać i wsłuchiwać się we własne serce, słowa są inne, takie bardziej przyjazne i takie bardziej „moje”. Kiedy pozwalam im wybrzmieć, nie pośpieszając i nie przynaglając, od początku do końca, przyjmując je takie, jakie przychodzą. Nie wygładzam ich i nie upiększam; pozwalam im płynąć ich tempem, towarzysząc im tylko w tej podróży przez mój czas i moją rzeczywistość.
Zaczęłam pozwalać, aby wybrzmiewały we mnie takie, jakie są. 

Od kiedy dałam im wolność – zauważyłam, że pięknieją i stają się delikatne, że pojawiają się wtedy, gdy ich potrzebuję; gdy szukam ciszy, czekają cichutko w moim wnętrzu, cierpliwie na swoją kolej i na otwarcie drzwi.
Z moich słów rodzą się zdania, akapity i strony. Na początku trochę zagubione. Nawet, kiedy ukażą się już na powierzchni, rozglądają się niespokojnie wokół i szukają tysiąca zapewnień, że są komuś potrzebne i komuś na nich zależy. Z biegiem czasu są coraz bardziej oswojone, spokojne, znające swoje miejsce i czas.


W moich poszukiwaniach słów zdarzały się takie momenty, kiedy tych słów było za dużo. To było wtedy, gdy słowa chciały zagłuszyć ciszę, zakrzyczeć zachód słońca i obudzić demony lęku, strachu i przerażenia, niszcząc wszystko, co mogło zrodzić dobre owoce.
Teraz coraz częściej – słowa są, gdy są potrzebne a nie widać ich, gdy przychodzi czas ciszy i skupienia. Coraz częściej dogaduję się z moimi słowami  - bez słów.

sobota, 22 grudnia 2018

Świąteczna codzienność

Wiecie, że idą Święta Bożego Narodzenia?
Nie takie zwyczajne jak czyjeś imieniny czy jakaś rocznica.
Boże Narodzenie! 
Pamiątka Narodzenia Boga.
Zdajemy sobie z tego sprawę?

Dla mnie w tym roku jest zupełnie inaczej. Tak bardzo inaczej, jak nigdy wcześniej, choć takich samych świąt nie było nigdy.

Pierwsze w życiu pierniczki.




Prosty przepis, niby nic takiego, ale emocje... i moja Mama, która zdobiła wycięte już ciasteczka i układała na blachę.
I potem delikatnie tylko włożyć do pudełka, żeby się nie pokruszyły i żeby wytrzymały do świąt. 

Pierwsza w życiu szarlotka. 
I znów - niby takie nic, ale okienko piekarnika przez dobre 40 minut robiło za telewizor, bo - czy urośnie? nie przypali się? Mama układała ósemki jabłek na tym cieście jak relikwie niemalże, delikatnie, ostrożnie i równiutko. Udał się:)




Pierwsza w życiu pieczeń, taka prawdziwa, z marynatą, z ziołami, a nie z gotową mieszanką. Będzie można i na ciepło, i na zimno. To też było wyzwanie.

Choinka. Mała, taka stojąca na stole. Będziemy ubierać dzień przed Wigilią. Jak prawie zawsze. Choć tym razem będziemy tylko we dwie. 



I chociaż... śledzie już "się robią", żeby zdążyły, jak to się u nas mówi, "przesmaczyć", czyli przejść smakiem i aromatem czosnku, cebulki, przypraw i oleju...
I choć jak zawsze będzie też barszcz czerwony i uszka z kapustą i grzybami, będzie ryba smażona (mój tajemny przepis)... to te święta jednak będą inne.

Ja jestem inna. Nie chodzi o to, że jestem rok starsza. Że skończyłam kurs, że wzięłam w czymś udział.
Chodzi o to, że SKOŃCZYŁAM. I że WZIĘŁAM. I że ZDAŁAM egzamin.
Zaczęłam kończyć to, co zaczęłam.
I poczułam, że to, co robię, ma sens. Że coraz częściej jestem w miejscach, w których powinnam być, i robię to, co powinnam w tym momencie robić.
Że każdy dzień, jaki jest mi dane przeżyć, jest wyjątkowy, bo każdy jest tylko jeden. I każdy jest taki, jakim ja go uczynię. Że sporo naprawdę zależy ode mnie i bardzo dużo rzeczy leży w moich możliwościach.
Nie wszystko. Ale jednak wcale nie mało. 
Wystarczy, żeby codzienność uczynić świąteczną.

(tekst dedykuję tym, dzięki którym odważyłam się otworzyć oczy i dzięki którym - odważam się patrzeć dalej niż na czubki moich butów)




środa, 5 grudnia 2018

Ślady



Pierwsze tegoroczne ślady na śniegu.
Nieśmiały on jeszcze i taki mało puszysty, ale tak samo zimny i biały, jak zawsze. Jak od lat. Od stuleci. Jedna z niezmiennych, wyznaczających koleje czasu i świata, stawiających jasne granice człowiekowi, który chciałby wszędzie, wszystko i zawsze.

Mieć. Brać. Mnożyć, nie dzieląc się z innymi. 
Kolejne spotkania z różnymi ludźmi, jakich spotykam na swojej drodze życia. To, co mnie nieustannie zdumiewa, to różnorodność charakterów, spojrzeń i serc. To zaś, co mnie wprawia w zakłopotanie, to hojność, z jaką niektórzy dzielą się wszystkim, co mają, co potrafią, kim są i nad czym trzymają pieczę. Hojność przeobfita, ale zawsze mądra i zawsze doskonale wymierzona. 



Spotykam takich, którzy nigdy nic, ale nieporównywalnie częściej takich, którzy mają dobre serca, ale boją się je pokazać w obawie, że zostaną zranieni. 
Dzisiejsze spotkania z ludźmi zostawiają we mnie ślad, którego nie zatrze żadna mentalna gumka myszka i którego nie zniszczy nawet największa ilość wypowiedzianych słów. Spotkanie z człowiekiem zawsze jest po coś. Nie ma przypadków. 
"Nie ma przypadkowych spotkań i ludzie też nie stają na drodze naszego życia ot, tak." (Monika A. Oleksa)




Spotkania z ludźmi zawsze zostawiają ślady w moim sercu. I od tego, co ja z nimi zrobię, naprawdę dużo zależy.

niedziela, 11 listopada 2018

Wędrowny Anioł (X)

Mój Wędrowny już nie jest sam.
Pojawiła się jakiś czas temu. Ubrana w lnianą sukienkę, z filuternie zmrużonymi oczami, z dziewczęco związanymi włosami ze sznurka i z koralikami na sukience, wyglądała prawie zwyczajnie, ale - nie tak, jak u Wędrownego - jej skrzydła były wysoko uniesione i doskonale widoczne. Mimo to - wyglądała na zagubioną i niepewną.
Wędrowny nic nie mówił, ale wiedziałam, że doskonale się rozumieją. W ciszy, jaka panowała w pokoju, dało się wyczuć harmonię i taką pełnię współistnienia, jaka jest możliwa tylko wśród aniołów.



Długo spoglądali na siebie, a na ich twarzach błąkał się uśmiech. Byli przyjaciółmi, zanim się spotkali. Nieśli swoje posłanie do ludzi, których spotykali w swojej drodze, która jest ich odwiecznym powołaniem.
Nie było w nich obojętności ani rezerwy. Rozumieli się doskonale bez żadnych słów, a ich skrzydła, tak różne, niosły obietnicę tego samego - że Wędrowne Anioły będą wszędzie tam, gdzie ktoś ich będzie potrzebował. 


piątek, 26 października 2018

Wędrowny Anioł (IX)

- Rozpostarte skrzydła w niczym nie pomagają.
Wędrowny spojrzał na mnie, jakby chciał uzyskać potwierdzenie dla swoich słów.
- Rozpostarte skrzydła zajmują za dużo miejsca. Zwracają na siebie uwagę, i sprawiają wrażenie,jakby się rozpychały.  Nie pozostawiają przestrzeni dla nie-materii: uczuć, ciepła, serdeczności, troski. Jak wy to mówicie? - spojrzał na mnie i zaraz dokończył - człowiek to anioł z jednym skrzydłem.

Zadziwiał mnie. Nie był jak ci, którzy mówią wtedy, gdy chcą zwrócić na siebie uwagę. Był jak Przyjaciel i Powiernik, który mówił to, co konieczne i to, co potrzebne. Nie zarzucał przestrzeni bez umiaru słowami, gestami i obecnością. Był tam, gdzie trzeba, mówił to, co trzeba, i wtedy, kiedy nie wolno było milczeć.
Ciosał moje poglądy i prostował myśli, ale - zawsze dawał wolność.
Nieustannie towarzyszył, ale nigdy nie uzależniał od siebie. Nie przywiązywał i nie stawiał warunków w zamian za swoją obecność.
Był samą Obecnością, która nigdy nie powszednieje.

niedziela, 21 października 2018

Wędrowny Anioł (VIII)

Rozkołysał się dzisiaj, jakby chciał strząsnąć z siebie resztki niedobrego snu.
Czy aniołom się śni? - zadałam pytanie, bardziej sobie niż Jemu. Usłyszał, bo podniósł głowę i otworzył oczy.
- Anioły nie zasypiają. One nigdy nie śpią, więc nie mają snów. Zawsze są obok, zawsze czuwają, zawsze są wierne i bliskie. Zawsze na wyciągnięcie ręki. I zawsze mają dobre zamiary. 
Są jak światło dnia - i jak światło latarni morskiej podczas sztormu. I we mgle.



I zawsze są. Jeśli tylko zechcesz.
Uśmiechnął się i znów zamknął oczy.
Był jak mędrzec, który nigdy mnie nie wyręcza, ale zawsze wskaże ścieżkę; nie otworzy drzwi, ale wskaże klamkę, niczego nie zrobi za mnie, ale będzie mi towarzyszył.
Zawsze blisko.
I nigdy nie zdradzi.

Słońce dotknęło aureoli Wędrownego swoim złocistym promieniem, a ona zalśniła tysiącem kolorów; roztańczyła powietrze i rozedrgała przestrzeń.
Kierowana odruchem zasłoniłam oczy; kiedy znów je otworzyłam, wszystko było tak, jak przedtem, tylko Wędrowny delikatnie kołysał się w powietrzu, jakby w takt niesłyszalnej muzyki i w rytm upływających nieubłagalnie minut, z których żadna nie była przypadkiem, ale pojawiła się dokładnie tu i teraz, jak w precyzyjnej układance, doskonale pasując do reszty elementów.


niedziela, 14 października 2018

Wędrowny Anioł (VII)

Znowu nic nie mówił. Nie musiał mówić. Wszystko, co mógłby chcieć powiedzieć, samo wypływało z jego wnętrza i, jakby nawlekane na niewidzialną nitkę, układało się przed moimi oczami w słowa i zdania. Litery najpierw pojawiały się jedna po drugiej, w gromadzie, jakby wysypane z pudełka albo kartonu, całkiem przypadkowo. Potem - powoli i nieśmiało zmieniały swoje miejsce, ustawiając się w szeregu i szturchając jedna drugą. Czasem jakaś się gdzieś zapodziewała, ale zawsze prędko znajdowała swoje miejsce. 

 Przypominało mi to trochę zabawy dzieci, które na podwórku to zbijają się w gromadki, to się rozbiegają, to znów - napominane czasem przez starszych - ustawiają się w szeregu, aby za chwilę znów się rozpierzchnąć. 
Tylko patrzył. 
Z ruchu jego warg można było wyczytać całą historię, jaką mi opowiadał. Nie było słychać nawet najmniejszego szmeru, a jednak każda litera, wyraz, fraza były doskonale dopasowane do tego swoistego spektaklu słów przed moimi oczami. Prawie jak taka nowoczesna książka, której się słucha, a mimo to - której się nie czyta. 

Milczał.
Palcem wskazał mi niebo.

sobota, 13 października 2018

Wędrowny Anioł (VI)

- Jak ja mam na imię?
Spojrzałam nie rozumiejąc pytania. Wędrowny Anioł... to nie imię?
- Nie, to istota mnie - odpowiedział bezgłośnie na moje pytanie zadane w myślach.
- Jestem wędrowcem i nie jestem człowiekiem. Wędruję, bo takie mam zadanie. Wędrowanie jest celem. Nie idę gdzieś, dokądś, po coś. Idę, bo takie mam powołanie.
Wy, ludzie, lubicie wszystko nazywać. Wydaje się wam, że macie wtedy nad tym kontrolę. A ty mówisz o mnie - Wędrowny. Nie chcesz mnie nazwać?

Cisza dzwoniła w uszach coraz głośniej. 
Wędrowny przymknął oczy. Wyglądał jakby spał, ale jego obecność była bardzo mocno odczuwalna. Wypełniała sobą cały pokój, aż do ostatniego skrawka miejsca, nie pozostawiając ani odrobiny przestrzeni na jakiekolwiek wątpliwości czy braki, które - wiedziałam o tym dobrze - potrafiły być wszędobylskie i pojawiały się zazwyczaj bez pytania, a potem zostawały na tyle, na ile im się podobało.
Obecność mojego towarzysza była inna. Kojąca, wyraźnie odznaczająca się na tle pospolitości i pełna szacunku dla wolnej woli człowieka.

Zawsze czekała na otwarcie drzwi, nie wyważając ich i niczego nie przyśpieszając, nęcąc jedynie wrażliwe ludzkie zmysły swoją magnetyzującą ciszą, trudną do nazwania, niezwykłą wonią i leciutko jaśniejącym światłem, które nie oślepiało, a przyciągało i dawało poczucie bezpieczeństwa.

wtorek, 9 października 2018

Wędrowny Anioł (V)

Nigdy nie trzepotał skrzydłami. Nie był jak wizerunki Aniołów Stróżów na obrazkach z książeczek do nabożeństwa ani jak figurki sprzedawane na straganach podczas odpustów parafialnych. Chował swoje skrzydła pod płaszczem, który zawsze miał na sobie. Wyglądał jak strudzony wędrowiec, który na chwilę tylko wstąpił, aby poprosić o kubek wody albo kromkę chleba. Nie sprawiał wrażenia zmęczonego, ale w jego spojrzeniu było coś takiego, co nie pozwalało mu niczego odmówić. To nie było żądanie ani naleganie, raczej - pokorna prośba i obietnica wdzięczności. 
Nie wiedziałam, dlaczego zamieszkał u mnie. Po prostu któregoś dnia zastałam go w pokoju i wydało mi się to naturalne, że tu jest. Jest Wędrowny, więc pewnie przywędrował. Skąd?


Nie dawało mi spokoju pytanie, po co mu takie solidne, mocne buty z grubą podeszwą, skoro ma skrzydła. 
Obiecał, że kiedyś mi powie.
I że nauczy mnie czekać. 
Na dzień. 
Na noc. 
Na ważne odpowiedzi.

niedziela, 7 października 2018

Wędrowny Anioł (IV)

- Czym jest dla ciebie podążanie?
Zaskoczył mnie tym pytaniem. Siedział na półce nad moim biurkiem i wpatrywał sie we mnie tymi swoimi niebieskimi jak wieczorne niebo oczami. Delikatny, prawie niewidoczny uśmiech błąkał się po jego twarzy i patrzył na mnie w taki sposób, jakby wiedział, że nie znam odpowiedzi na to pytanie.
-Naprawdę chcesz o tym rozmawiać? - próbowałam zyskać trochę czasu - jest tyle ciekawszych tematów.
Jego śmiech był jak srebrzysty dzwoneczek, którego dźwięk uniósł się gdzieś nad naszymi głowami i szczelnie wypełnił pokój, aby przez uchylone okno wydostać się na zewnątrz. Był jak gaz rozweselający i jak wirus, który przemieniał w śmiech wszystko, czego dotykał. Słońce wyjrzało uśmiechnięte zza drzew, ptasi świergot zamienił się w wybuch wesołości, a drzewa zakołysały się w rytmie pogodnego wiatru, który poprosił do tańca całe stadko wróbli, ucieszonych tym wyróżnieniem.

- Czym jest dla Ciebie podążanie? - pytanie wróciło jak bumerang i już wtedy wiedziałam, że muszę odkryć odpowiedź. On też wiedział. I wiedział, że jeszcze tej odpowiedzi nie znam. 
Wiedział, że nie jest najważniejsze żeby usłyszeć odpowiedź na każde pytanie. Ważne, aby na istotne pytania wytrwale szukać odpowiedzi. I szukać jej bez względu na dziwne spojrzenia, na nieszczere słowa, na dystansujące gesty. Szukać, żeby odnaleźć. 
Chciałam go jeszcze o coś zapytać. Milczał jednak w taki sposób, że wiedziałam, że tej ciszy i tego milczenia nie wolno przerywać. 
Mój Wędrowny Anioł milczeniem mówił więcej niż tysiącem słów. Nie otwierał ust, ale jego myśli niemal widocznie układały się w wyrazy i zdania, przesuwając się powoli przed moimi oczami i znikając gdzieś pomiędzy ciszą a tysiącem pytań, jakie rodziły się w mojej głowie.
Wiedziałam, że nie zostawi mnie bez odpowiedzi. Trzeba było tylko cierpliwie poczekać.

piątek, 5 października 2018

Wędrowny Anioł (III)

Zastałam go na parapecie mojego okna.
Siedział, machając nogami i patrzył gdzieś ponad dachami domów, ze wzrokiem wbitym w horyzont. Nie zareagował na moje wejście; nawet kiedy dotknęłam jego ramienia, nie odwrócił oczu od widnokręgu, tylko szepnął:
- Zobacz, widzisz? Tam jest... - urwał, wskazując palcem w bliżej nieokreślonym kierunku.

Wytężyłam wzrok. Jak okiem sięgnąć - pustka. Pola. Nieco bliżej kominy domów, jeszcze bliżej nieliczne drzewa z już nieco przerzedzonymm listowiem. Dymy z kominów unosiły się  nieco, aby potem delikatnie i miękko opaść na ziemię i spowić ją w tajemnicę. Mgła odwrotnie - unosiła się lekko, jakby chcąc wyznaczyć granicę między niebiem a ziemią i między doczesnością a wiecznością. Nieśmiałe kumkanie żab wraz z zachodem słońca przybierało na sile - im niżej było słońce, tym głośniej słychać było żaby. Tylko ptaki zamilkły, jakby zawstydzone, kiedy tylko rozległy się w powietrzu pierwsze pohukiwania sów, które wyruszyły na nocny obchód. 




Ze zdziwieniem odkrywałam każdą kolejną chwilę, kiedy ciemność przestawała mnie przerażać, cisza nie budziła mnóstwa obaw, a chłodne powietrze łagodnie koiło, a nie wyziębiało i nie mroziło.
W takim mroku tak łatwo mogłam zauważyć to, o czym szepnął mój towarzysz. Zobaczyć ciszę. Dotknąć myśli. Przytulić marzenia. Wpuścić do serca trochę nadprzyrodzonego światła.
Otworzyć je bez lęku.



Dotknął mojego ramienia.
- Nie patrz tylko oczami. Spójrz mocą wyobraźni i siłą serca. Pamiętasz? - uśmiechnął się delikatnie - "ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało..." Spróbuj dostrzec niewidzialne.


Życie nie stoi w miejscu...

  Płomień maleńkiej świecy rozpalał się coraz bardziej. Z początku nieśmiało, a potem coraz odważniej wspinał się po jedwabnym sznureczku, o...