niedziela, 7 czerwca 2020

Codziennie historie w niecodziennych czasach.



Jakiś czas temu, w pewnej bibliotece...

Puk, puk…
- Dzień dobry, można na chwilę?
Karolina, dyrektor biblioteki, oderwała wzrok od monitora, na którym widniały słupki danych i cyfr, i spojrzała w stronę drzwi. Ton głosu oraz mina Weroniki, bibliotekarki oddziału dla dorosłych, zwiastował kłopoty.
„Im szybciej tym lepiej” – pomyślała Karola i skinęła głową.
- No chodź, wejdź. Co tam?
- Bo dzwoniła czytelniczka.
- To się w naszej pracy zdarza – uśmiechnęła się Karolina – porozmawiałaś, pomogłaś?
- No właśnie nie. Bo ona dzwoniła, ale nie dała mi dojść do słowa. Powiedziała tylko, że czeka, aż to wszystko się skończy i przyjdzie sama, i już się nie może doczekać, bo nie ma co czytać, a w ogóle to granda jakaś, żeby biblioteki zamykać, bo przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie zamierza lizać książek, a już na pewno nikt nie zamierza na nie kaszleć. I jeszcze powiedziała, że ona może nie jeść trzy razy dziennie, ale czytać regularnie musi, bo bez tego czuje, że nie żyje.
Karolina słuchała tego słowotoku z kamienną twarzą, choć nie było łatwo utrzymać emocje na wodzy.
- I co teraz? – Weronika zadała to pytanie, choć wiedziała, że może nie usłyszeć odpowiedzi. Wiedziała, że i dla niej, i dla Karoliny sytuacja nie jest łatwa. Dla Gabrysi, która pracowała z nimi, ale na oddziale dla dzieci, też nie. Wszyscy się zastanawiali, co można zrobić, żeby choć w niewielkim stopniu poprawić sytuację i żeby choć przez chwilę można było nie myśleć o zagrożeniu, epidemii i obostrzeniach.
Karolina też tego nie wiedziała. Ale była pewna, że wszystko się ułoży. Sytuacja się unormuje, emocje opadną, czytelnicy doczekają się w końcu wizyty w bibliotece. I wiedziała, że szczęściu trzeba pomóc. Postanowiła działać.

***
Dzień zaczął się zwyczajnie. Karolina przyszła do pracy kilka minut po 9. Postanowiła popracować, nadrobić zaległości mailowe i przymierzyć się do zrobienia nowych zamówień książkowych. Kilka tytułów miała w głowie już od jakiegoś czasu, ale teraz w końcu znalazły się na nie pieniądze.
Niestety, praca jej jakoś nie szła. Myśli odpływały, a wzrok uciekał w stronę okna jej gabinetu, przez które widać było deszczowe, poszarzałe niebo i puste ulice miasteczka. Jakieś pojedyncze samochody, ale prawie żadnego człowieka. W Karolinie zaczęła wzbierać złość. Trochę bez sensu, bo nie miała wpływu ani na pogodę, ani na obecność wirusa, który rozpanoszył się w kraju i ani myślał ustąpić, ale widać człowiek nie jest panem swoich uczuć, jak mawiała jedna z czytelniczek, która regularnie wpadała do biblioteki, jak tylko na półce pojawiały się nowości.
Ciche pukanie do drzwi gabinetu przerwało te rozmyślania.
- Kawy?
Gabrysia stała w drzwiach i patrzyła na Karolinę pytającym wzrokiem, choć wiedziała, że odpowiedź zawsze będzie twierdząca. Karolina kawy nigdy nie odmawiała. Kiedyś, raz, dawno temu, ale – jak sama wtedy mówiła – chyba przez pomyłkę poprosiła o herbatę. Ale dziś  - nie był ten dzień.
- Skoro pytasz – uśmiechnęła się pani dyrektor – chętnie, poproszę i dziękuję. A coś słodkiego do kawy mamy?
Gabrysia zastanowiła się przez chwilę.
- Chyba tylko cukier.
- Innego słodkiego – machnęła ręką Karola – dobra, wypijemy na surowo. I zanieś do czytelni. Musimy pogadać.
- Ale że ze mną? – spoważniała Gabrysia – że coś zrobiłam źle?
- Ale że z tobą – tym samym tonem, ale mrużąc jedno oko, odpowiedziała Karola – i z Weroniką. I chyba sama ze sobą też muszę pogadać – westchnęła. - Może jak opowiem sobie o wszystkim głośno, to przyjdzie mi do głowy jakiś pomysł?
- Dobra, to lecę. A co z tą kawą? Pijemy?- spytała Gabi, chcąc się upewnić, czy wcześniej ustalona kolejność działań została zachowana – Kawa, czytelnia, gadanie?
Karola już chciała rzucić jakąś celna ripostę, ale zadzwonił telefon. Kiwnęła tylko głową i podniosła słuchawkę aparatu:
- Miejska Biblioteka Publiczna, słucham?
Więcej Gabrysia nie usłyszała. Cicho zamknęła za sobą drzwi i skierowała się do pomieszczenia zwanego szumnie socjalnym, gdzie na parapecie stał czajnik, a na maleńkim stoliku pod ścianą stały kubki, filiżanki, puszka z kawą i pudełko z herbatą. Czekając, aż woda się zagotuje, pomyślała, że taka dyrektor jak Karolina to skarb. Kawę można z nią wypić i normalnie pogadać, nie żadna pańcia, co to nosa ze swojej dziupli nie wyściubi, tylko pokazuje palcem co trzeba zrobić, a sama tylko rządzić by chciała.
- Ciekawe, co to za sprawa – powiedziała sama do siebie, wdychając z lubością zapach kawy, świeżo zaparzonej w kubkach z logo biblioteki. – Fajne te kubki – dodała z satysfakcją, stawiając gorący napój na tacy i ostrożnie ruszyła w stronę umówionego miejsca popołudniowej narady całego zespołu.

***
- To kto zacznie?
Gabrysia i Weronika wzruszyły ramionami jak na komendę.
- A to nie ty chciałaś z nami pogadać? – zapytała ta druga, starannie wsypując do swojego kubka kolejne łyżeczki cukru.
- Ej, przecież ty nie słodzisz! – Gabi z przerażeniem w oczach patrzyła na trzecią i czwartą porcję białych kryształków, ginących w gorącym napoju koleżanki. – Co ty wyprawiasz?
- A ile już wsypałam?
- Cztery.
- To jeszcze jedną i powinno być dobrze.
- Tylko nie mieszaj, bo nie lubisz zbyt słodkiej – popukała się w czoło Karolina – już koniec?
- Czego? – jednocześnie spytały dziewczyny.
- Liczenia, ile kto słodzi.
- Nikt nikomu nie liczy – zaperzyła się Weronika i chciała coś jeszcze powiedzieć, ale Karolina zgromiła ją wzrokiem.
– Już nic nie mówię – dodał pojednawczo i objęła dłońmi kubek z kawą.
- To skoro wszystko wiadomo…
- Ja tam nic nie wiem – wyrwała się Gabrysia.
- Będzie spokój? Próbuję wam o czymś powiedzieć – zniecierpliwiła się Karola. – jak nie będziecie mi przerywać, to się dowiesz.
- A kto komu przerywa? – szczerze zdziwiła się Weronika – przecież słuchamy uważnie i milczymy.
- Nie wytrzymam – jęknęła Karola – nie mogę.
- Boli cię coś? – zaniepokojona Gabrysia spojrzała badawczo na kobietę – chcesz tabletkę?
Karolina plasnęła dłonią o kolano.
- Z wami nie wytrzymam! Mamy epidemię! Bibliotekę mamy zamkniętą!
- Ale przecież to nie przez nas? – zaoponowała Weronika – więc o co chodzi? Powiesz? Czy mamy się domyślać?
Karolina głośno westchnęła.
- To jeszcze raz. Musimy coś ustalić. Ja powiem, co wymyśliłam, a potem wy powiecie, jakie jest wasze zdanie na ten temat. Może tak być? – spytała z nadzieją na odpowiedź.
- Słuchaj, Karola – Gabi miała bardzo poważną minę – przecież od początku czekamy, co powiesz, bo mówisz cały czas, ale nie powiedziałaś jeszcze, o czym chcesz powiedzieć…
Sygnał telefonu rozległ się w najbardziej odpowiedniej chwili. Karolina z ulgą poderwała się z kanapy i szybkim krokiem podeszła do biurka.
- Miejska Biblioteka Publiczna, słucham.

***
- Ty coś wiesz? – szturchnęła Gabrysię Weronika, kiedy Karolina poszła odebrać telefon i zostały same – o czym miałyśmy rozmawiać?
- A niby skąd?  – Gabi wzruszyła ramionami i wypiła ostatni łyk kawy. – Jakbym wiedziała, to by było wiadomo, no nie?
Weronika chciała coś odpowiedzieć, ale w tym momencie rozległo się pukanie do drzwi.
Dziewczyny spojrzały na siebie.
- Kto to? – oczy Gabi zrobiły się duże – czekasz na kogoś?
- Nie, a ty? – Weronika odpowiedziała także szeptem. – ale chyba trzeba zobaczyć…
- Dlaczego mówicie szeptem? – zainteresowała się nagle Karolina, która skończyła rozmowę i wróciła do czytelni – stało się coś?
-Ciii…! – uciszyła ją Gabi, kładąc palec na ustach – ktoś pukał…
Karola przewróciła oczami i sięgnęła po maseczkę leżącą na biurku.
- To przecież trzeba zobaczyć, kto to, może coś ważnego.
Maseczka uszyta przez zaprzyjaźnioną czytelniczkę, a przy okazji krawcową, prezentowała się całkiem dobrze.
- Jak wyglądam?
- Jak milion złotych. Dolarów. – zachichotała Weronika, a Gabrysia skinęła z powagą głową.
- Super, szefowo. Na bank możesz napadać. I na bank nikt cię nie pozna.
Pukanie, tym razem głośniejsze, rozległo się ponownie. Karolina ruszyła w stronę drzwi, a bibliotekarki w popłochu rzuciły się do szafki, w której były maseczki dla personelu. Żadna się nie przyznawała, ale bały się wizyty sanepidu. Wiadomo, że zawsze czegoś się można przyczepić. A potem nie będzie wolno otworzyć biblioteki dla czytelników, czekanie się będzie przedłużać, czytelnicy będą zniecierpliwieni dzwonić i dopytywać… nikt tego nie chciał.
Założyły maseczki i niepewnie ruszyły w ślad za Karoliną, ale uszły tylko kilka kroków.
- Naprawdę, nie trzeba było – usłyszały dochodzący z korytarza głos Karoliny. – Przecież my normalnie idziemy po pracy do domu. – mitygowała się.
- Ja tam swoje wiem – głos wydał się im znajomy – jak się pracuje, to się jest głodnym, a jak kiszki puste, to żadna praca nie idzie jak trzeba. A jak już pozwolą wam otworzyć bibliotekę dla ludzi, to nie będziecie mieć wytchnienia, bo ludzie czekają na książki. Jedzenie można kupić, nawet w tych czasach, a książek nie ma skąd brać. No, pani bierze. Sama piekłam. Z orzechami, dobre na pamięć. I z owocami, samo zdrowie. A galaretka – to na mocne kości. No, to idę. Do widzenia. Talerz zabiorę, jak będzie zjedzone.

Ktoś, kto zapukał do drzwi, nie mógł być z sanepidu.
Kobiety usłyszały szybkie, energiczne, głośne kroki i odgłos zamykających się drzwi.
Do czytelni weszła Karolina.
- Macie jeszcze kawę? – spytała – przyszły posiłki. Wzruszyłam się normalnie! – spojrzała na swoje koleżanki – widziałyście takie rzeczy? Pani Kołodziejowa przyniosła ciasto. Złoto nie kobieta! Werka, skocz wstawić wodę, herbaty się napijemy do tego placka. A potem – do roboty. Musimy się wziąć za porządki. Ludzie czekają, kiedy będzie można czytać!
Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki w czytelni zrobiło się nagle cicho i pusto. Weronika poszła zaparzyć herbatę, Gabrysia postanowiła sprawdzić rezerwacje na książki, a Karolina zawróciła na pięcie i powędrowała do swojego gabinetu, żeby pod pozorem alergii na pyłki wytrzeć oczy, które – nie wiadomo dlaczego – nagle zrobiły się dziwnie wilgotne.

***
Czwartek zaczął się od niespodzianki.
Kiedy Karolina przekroczyła próg biblioteki, pierwszą rzeczą, jaką zobaczyła, była sterta książek na środku wypożyczalni. Wyglądało to tak, jakby ktoś wysypał książki prosto z worka na podłogę.
- Jesteś, w końcu! – usłyszała przytłumiony głos Weroniki, dobiegający jakby z oddali – ileż można czekać na własnego dyrektora.
Karolina zdębiała.
- Jest za dziesięć dziewiąta. Pracujemy od dziewiątej – próbowała tłumaczyć – stało się coś?
- Nie, no skąd – sapnęła Weronika, przeciskając się między regałami z kilkunastoma książkami w rękach – wszystko w jak najlepszym porządku, co też mogłoby się stać? Cisza i spokój – pokiwała głową i odetchnęła, kiedy udało się jej umieścić książki na biurku.
- A te książki na środku to efekt tego porządku i ciszy? – zaryzykowała żart Karola – czy coś innego?
- To jest efekt naszej wczorajszej rozmowy – włączyła się Gabrysia, która bezszelestnie weszła do wypożyczalni. – Gadałyśmy z Werką przez telefon wczoraj jeszcze – ciągnęła – trochę mi opowiadała o tym, co czasem znajdujemy w książkach. Nie wierzyłam.
Karolina zamachała gwałtownie rękami.
- Czekaj, powoli. Nie wierzyłaś, że co?
- No w to, co znajduje się w książkach. – powtórzyła powoli Gabrysia, patrząc badawczo na Karolę – coś nie tak powiedziałam?
- Zakładki! – rzuciła Weronika – opowiadałam Gabi o zakładkach! Nie o treści!
- Uff, bo już myślałam, że pracujemy z krytykiem literackim – odetchnęła Karola. – No i co z tymi zakładkami?
- No bo ja nie wierzyłam – kontynuowała swoją wypowiedź Gabrysia - Bilety, kawałki gazet, patyczki po lodach, wszystko rozumiem. Ale listy, mandaty i faktury? Nie jestem w stanie tego pojąć.
- To wszystko rozumiesz czy nie jesteś w stanie jednak czegoś pojąć? – mrugnęła do niej Karola i roześmiała się sama ze swojego żartu – wiesz, trzeba być precyzyjnym.
- A pamiętasz hit z wakacji? – zwróciła się do niej Weronika – grzebień?
- O tak! – Karola uśmiechnęła się na to wspomnienie – bez dwóch zębów! I nasze dochodzenie, do kogo też mógłby należeć. To były czasy – rozmarzyła się – czytelnicy wchodzili i wychodzili prawie bez przerwy; konkursy, spotkania autorskie, lekcje biblioteczne, spotkania ze sztuką… - myślicie, że to kiedyś wróci? – spojrzała na swoje koleżanki z nadzieją – będzie jak dawniej?
Przez chwilę nikt się nie odzywał. Wszystkie miały swoje obawy, ale też każda miała swoje marzenia i każda – tęskniła za prawdziwym życiem w bibliotece.
- Wiesz, Karola – odezwała się Gabrysia – ja myślę, że nigdy nie będzie tak, jak było. Będzie piękniej niż kiedykolwiek – dodała prędko widząc mars na twarzy swojej dyrektor – będzie zupełnie inaczej.
Karola otrząsnęła się z chwilowej zadumy.
- Ale żeby tak było – powiedziała już normalnym głosem – musimy wziąć się do roboty. Najpierw uprzątnąć tą kupkę książek – wskazała palcem – a w ogóle dlaczego one tam leżą?
- Bo ja chciałam je poukładać i poustawiać. – wyrwała się do odpowiedzi Weronika – ale okładki są zniszczone, więc pomyślałam, że zmienimy okładki, a potem się poustawia na półkach tak jak należy.
Karola przytaknęła.
- Może tak być. To ja idę zmienić buty i zdjąć płaszcz. Chcecie kawy? Mam pewien pomysł, ale trzeba to przegadać. Pogotowie książkowe. Jak wam to się podoba?
- Fajnie! – Weronika aż klasnęła w dłonie – nie wiem, jak mi się podoba, ale brzmi bardzo obiecująco.
- No. To załatwione – uśmiechnęła się Karola – ogarnę się i zaraz wracam, a wy uporajcie się z tą… górką z podłogi.
Wszyscy ruszyli do swoich zajęć. Karola do gabinetu, Weronika zniknęła za regałem w poszukiwaniu folii na nowe okładki, a Gabrysia podniosła słuchawkę telefonu, bo sygnał oznajmił, że ktoś chce z nimi rozmawiać. Zaczynał się dobry, pracowity, obiecujący dzień.

***

Ten pomysł Karoliny był niesamowity. Było z tym trochę zamieszania, bo trzeba było wszystkiego dopilnować: zdezynfekować ręce, pamiętać o rękawiczkach i maseczce, nie podchodzić za blisko do siebie nawzajem, ale i Gabrysia, i Weronika bardzo szybko się wdrożyły. Kiedy odebrały chyba szósty albo siódmy telefon z prośbą o konkretne książki, już było widać, że całe przedsięwzięcie będzie ogromnym sukcesem.
- Dobrze jest robić coś dobrego – westchnęła z uśmiechem Gabi, kiedy czwarty raz w ciągu dwóch godzin zaniosła zamówione książki czekającemu na dole czytelnikowi – od razu lepiej się oddycha. I lepiej można się poczuć.
- Lepiej się oddycha, bo jak pochodzisz po schodach, to płuca muszą trochę popracować – zauważyła Gabrysia i pokiwała głową – tak, tak, koleżanko. Przez tą całą kwarantannę kości nam się zastały i kondycja spadła aż grzmotnęło. Jak tylko będzie można wychodzić dalej niż do sklepu i do pracy, to pójdę na długi spacer. – postanowiła i jak na potwierdzenie tych słów głośno postawiła pieczątkę na siedemnastej stronie najnowszej części „Szklanego tronu”.
- Kto spadł i skąd? – wchodząca do biblioteki Karolina usłyszała tylko fragment rozmowy, ale to wystarczyło, żeby podnieść jej ciśnienie – całe jesteście?
- Spokojnie, pani dyrektor – roześmiała się Werka – mowa o kondycji. Nic jej nie jest – mrugnęła okiem – trzeba tylko nad nią trochę popracować, bo rozleniwiła się przez tą izolację i kwarantannę i wszelkie ograniczenia. Zasiedziałyśmy się i tyle. Pani dyrektor też, jak słychać, brakuje ruchu. Zadyszka po wejściu na pierwsze piętro? – zawiesiła głos, żeby dać Karoli możliwość odpowiedzi.
Ta gwałtownie pokręciła głową.
- Jaka zadyszka? Ja tylko … głęboko oddycham – próbowała być poważna, ale nie dała rady i głośno się roześmiała. – macie rację. Trochę się zasapałam. Ale to minie. Jak tylko pozwolą wyjść na spacer, a nie tylko w pilnej życiowej potrzebie. A jak tam dziś wypożyczenia? Są chętni?
Jak na potwierdzenie zadzwonił telefon. Weronika podeszła do słuchawki i z miną pt. „Pewnie, że są, jeszcze jak!” nacisnęła zielony guzik.
- Miejska Biblioteka Publiczna, słucham. O, pani Maria. Tak, już mamy przygotowane. Za pięć minut będę na dole.
- Ja zaniosę – wyrwała się Karolina – muszę popracować na kondycją – mrugnęła do dziewczyn porozumiewawczo. - Gabi, wstaw wodę na kawę. Zjemy jakieś śniadanie, jak wrócę. Mam płatki i mleko, jakby któraś chciała. I ciasteczko od mamusi!
Wizja wspólnego okazała się bardzo kusząca.
Już za chwilę na stoliku parowały kubki z kawą, a płatki zalane mlekiem pachniały naprawdę dobrze.
- Dobre śniadanie w dobrym towarzystwie to dobry początek dobrego dnia – zabłysnęła Weronika, a Gabrysia dodała – bo żeby pracować nad kondycją, też trzeba mieć siłę.
Roześmiały się jak na komendę, prawie zagłuszając tym sygnał telefonu, który oznajmił, że po drugiej stronie słuchawki czeka kolejny, stęskniony za książkami, wierny czytelnik. Ten dzień zapowiadał się na bardzo pracowity.

***
Od rana lało. Wszyscy długo czekali na deszcz, ale takiej ulewy nikt się nie spodziewał. Woda szerokim strumieniem spływała chodnikami i ulicą, każda nierówność terenu wypełniona była wodą, a kałuże rozlewały się na każdym parkingu, placu i na każdej większej powierzchni. Wszędzie było mokro. Karolina zazwyczaj w takich sytuacjach zwykła mawiać, że nie trzeba jechać nad morze, bo w zasięgu ręki jest całe morze wody, ale nawet ona musiała przyznać, że dawno nie było takiej nawałnicy.
Wycieraczki samochodu nie nadążały zgarniać takiej masy wody z szyby, więc trzeba było jechać naprawdę powoli i uważnie. Na szczęście biblioteka miała swój parking na tyłach budynku, więc nie było kłopotu ze znalezieniem miejsca na postój. Parasolkę otworzyła zanim wysiadła z auta, ale deszcz zdołał ją porządnie zmoczyć. Kilka szybkich kroków i była w budynku. Parasolkę zostawiła na holu, a sama skierowała kroki do biblioteki na piętrze. Drzwi były otwarte.
- Ależ parszywa pogoda! – rzuciła od progu – deszcz jest potrzebny, ale takie coś? Masakra!
Odpowiedziała jej cisza.
Zajrzała do czytelni, a potem do wypożyczalni.
- O, tutaj jesteście! – zauważyła dwie sylwetki stojące przy oknie. – co tam ciekawego?
- Weronika właśnie się zastanawia, ile samochodów jednocześnie może u nas zaparkować. – odezwała się Gabrysia wskazując ręką w kierunku koleżanki. – A zakładając, że w każdym samochodzie będzie komplet osób, to wyliczyła, że do biblioteki może przyjść na raz nawet 100 osób.
Karolina zdębiała.
- Ty tak serio? – spytała Weronikę – naprawdę nam tego życzysz?
- A szefowa by nie chciała? – odwróciła się od okna Werka i spojrzała na Karolę – nie tęskno ci?
- Pewnie, że tęskno. Ale jednocześnie? – toż to więcej niż może być w kościele. Od razu by nas zamknęli, daliby mandat i zakazali działalności.
- Ale przecież – stropiła się Weronika – nie mówię, że tak będzie, tylko że mogłoby tak być. Marzę sobie. – próbowała się tłumaczyć.
Karolina żartobliwie pogroziła jej palcem.
- Uważajcie, o czym marzycie. Marzenia czasem się spełniają – pokiwała głową – idę zdjąć te przemoczone ubrania.
- Ale Karola – zatrzymała ją Werka – myślisz, że będzie jeszcze tak, że ludzie przyjdą, usiądą przy biurku, jak dawniej, że pogadamy ze sobą, a w czytelni będzie słychać rozmowy, że dzieci będą przychodzić do nas na zajęcia, że nie trzeba będzie tych wszystkich szyb, przesłon, płynów kwarantanny książek?
- No pewnie, że będzie – momentalnie odpowiedziała Karolina – jasne, że tak. I myślę, że już niedługo.
- Naprawdę?! - wybrzmiało jednocześnie z ust Gabrysi i Weroniki – kiedy?
- Jak tylko ogłoszą koniec tej zarazy. A wtedy, obiecuję wam uroczyście, że najpierw urządzimy rytualne palenie maseczek, a potem urządzimy nowe wielki otwarcie. – z uśmiechem odpowiedziała Karola i dodała – trzeba być dobrej myśli. I to jest polecenie służbowe, zrozumiano?
- Tak jest! – wykrzyknęły obie bibliotekarki, a zegar na ścianie ochoczo wybił dziewiątą.
Zaczynał się nowy dzień, pełen wyzwań i pracy. Za chwilę miał przyjść po swoje książki pierwszy umówiony czytelnik.

(Tekst został opublikowany na stronie www. biblioteka.bychawa.pl ,podczas Tygodnia Bibliotek 2020, który odbywał się pod hasłem: Zasmakuj w bibliotece)

sobota, 30 maja 2020

Nic się nie zmieniło.



Naszym największym życzeniem jest, żeby pandemia jak najszybciej przeszła do zamierzchłej historii. I o ile historia w tym wypadku jest sprawą naturalną, o tyle „zamierzchłość” już taka naturalna nie jest.

„Polacy otwierają serca!”

„Tragedia nas jednoczy”

„Jesteśmy bezinteresowni”

To tylko niektóre z nagłówków, jakie można było przeczytać w codziennej prasie. Serce rośnie. Wyrazy wsparcia, więcej empatii i zrozumienia, pomoc w robieniu zakupów… to wszystko napawa optymizmem. I to dobrze, że tak jest. Ale kiedyś mija pierwszy szok i zaczyna wracać w miarę normalne życie…

Zaczyna się od hejtu na lekarzy. I życzliwych podpowiedzi, żeby na czas zagrożenia … wyprowadzili się ze swoich mieszkań i nie narażali sąsiadów i znajomych z bloku i osiedla.

Co potem?

Lublin, autobus miejski.

Na drzwiach kartka informująca o limicie osób, jaki może jednocześnie przebywać w pojeździe. W środku – miejsca siedzące zajęte, kilkanaście osób stoi. Niemal każdy albo patrzy na swój telefon, albo przez niego rozmawia.

„Wszystko przez niego” – słyszę gdzieś zza pleców „ja go dorwę, nie będzie litości”. Zerkam. Młoda, zadbana kobieta, przytulająca małego, może pięcioletniego synka w maseczce. I stek przekleństw, które niczym nieskrępowane panoszą się w całym autobusie, bo pani rozmawia bardzo swobodnie i głośno.

Ten sam autobus. Żółto-czarna taśma „oddzielająca” pierwszy rząd miejsc do siedzenia od reszty autobusu. I wciąż te same podziały wśród ludzi. Lepsi-gorsi, my-oni. I jeszcze, i znowu…

Nic się nie zmieniło.

Ludzie wciąż nienawidzą, wciąż rzucają oskarżenia, wciąż walczą na śmierć i życie. „Dla dziecka”, „o lepsze jutro”, „bo zmarnowałeś mi 5 lat życia”.

Są też ludzie dobrzy, mądrzy, otwarci i wrażliwi. I pewnie jest ich całkiem sporo. Tylko ciągle szkoda, że ta proporcja od wieków pozostaje niezmienna i że żadna tragedia, żadna próba i żaden chichot losu nie są w stanie tych proporcji znacząco zmienić na plus dla tych drugich.

(Napisałam, że Lublin. W tym akurat przypadku nazwa miasta ma znaczenie drugorzędne. Gdzie indziej mogłoby być bardzo podobnie.)


czwartek, 21 maja 2020

Powiedz: wrócisz? (II)

Siedem tygodni temu zapytałam o to pierwszy raz. Nie spodziewałam się, że dostanę jakąkolwiek odpowiedź, zresztą nie chodziło mi o to, żeby się dowiadywać. Bardziej - żeby może ktoś, kto przeczyta, postawił sobie sam to pytanie.
Teraz, kiedy "więcej wolno" - pytanie powraca, bo widzę, jak bardzo było zasadne.
Kiedy "pozwolono" gromadzić się w kościołach, najpierw 1 osoba na 15m2, a teraz - na 10m2 - wydawało się, że nasze kościoły powinny być, w tych wyznaczonych granicach, zapełnione. I co? Nie wiem, jak jest gdzie indziej. Ale tu, gdzie wiem - połowa miejsc zajęta. Albo i mniej. A przecież już można...


Powiedz: wrócisz?
Czy nie będziesz się zastanawiać, jaki jest sens chodzić na mszę w kościele, skoro tyle osób nie chodzi, a dobrze im się żyje? Czy nie będziesz szukać znowu wymówki, bo przecież nikt jeszcze nie powiedział, że epidemia się skończyła, więc lepiej nie chodzić do kościoła? 
Modlitwa nie jest konieczna do życia, powiesz. Modlić się można w domu i nawet komunię duchowo można przyjąć. Zgoda.
Ale nikt mnie nie przekona, że to jest to samo. 
Bardzo mi się spodobało zdanie ks. bp. Kawy, który stwierdził, że trafił się nam bardzo pobożny wirus, który chodzi do kościoła a omija supermarkety. A przecież nic nie stało nie przeszkodzie, żeby tak, jak staliśmy w kolejce przed sklepem, żeby wejść do środka, tak samo uczestniczyć w mszy świętej na zewnątrz i przyjąć Komunię Świętą choćby w progu kościoła...
Powiedz: wrócisz?
Czy ciągle jednak jesteśmy mentalnie potomkami Rzymian, którzy woleli igrzyska zamiast chleba?...

środa, 1 kwietnia 2020

Powiedz: wrócisz?



Który to już tydzień? Trzeci czy czwarty? Tracę rachubę czasu. Przestałam liczyć dni, nie oglądam wiadomości, coraz rzadziej wyglądam przez okno. Gdyby nie moja mama, przegapiłabym przestawianie zegarków. I zaczynam się bać. Zwyczajnie, po ludzku.
Ale nie zakażenia. Jestem ostrożna, niczego nie lekceważę, ale nie ma we mnie lęku przed chorobą. Myję ręce, unikam wychodzenia z domu, kontaktuję się ze znajomymi przed telefon i maila – jest we mnie dużo spokoju. A jednak zaczynam się bać.
Kiedy pierwszy raz usłyszałam w telewizji, że zostają wprowadzone ograniczenia, obostrzenia i zakazy – słuchałam tego trochę z niedowierzaniem, ale i ze zrozumieniem. A teraz…
Kiedyś ta cała zawierucha się skończy. Może za kilka tygodni, może za miesiąc, dwa. Nie wiemy. Nikt nie wie … oprócz Wszechwiedzącego.
Zakaz (bo w praktyce tak to wygląda) uczestniczenia w mszy świętej w kościele i przyjmowania Najświętszej Eucharystii w sposób sakramentalny w wielu sercach spowodował ból i obudził tęsknotę, której nie da się uciszyć, bo z dnia na dzień woła coraz głośniej.
A kiedy będzie można do kościoła pójść – ilu z nas tam wróci? I czy nie będzie więcej takich, którzy powiedzą: jak widać – można żyć bez kościoła i bez paciorków klepanych przed i po mszy. Można obejrzeć transmisję i być w kościele bez wychodzenia z domu. Można – jak już bardzo chcecie – w tym uczestniczyć z nogą założoną na nogę i z kubkiem kawy w ręku. Przez internet czy telewizor i tak nikt nie zobaczy. Po co wam ta cała szopka, to coniedzielne chodzenie na mszę? To jakiś zabobon. Nie ma Boga, bo jakby był, to nie byłoby tej pandemii, nie byłoby chorych i umierających…
Boję się tego. Że wielu z nas nie wróci, nie zacznie od nowa, nie uwierzy mocniej.
Mam nadzieję, że się mylę.

Od powietrza, głodu, ognia i wojny… od codziennego odchodzenia od Ciebie… od bez-wiary i bez-wdzięczności – wybaw nas, Panie.

niedziela, 1 marca 2020

Wejście na posesję 20 metrów dalej

Piąta trzydzieści rano.
Jeszcze trochę zaspane miasto i trochę niemrawi ludzie. Chłodno. Wszędzie widać postawione kołnierze, czapki i kaptury. Okazuje się, że nawet ubranym od stóp do głów można wyglądać wyzywająco. Można zniechęcać wzrokiem i sposobem chodzenia. A nawet sposobem, w jaki czeka się na zmianę świateł na przejściu.


Chodnik wiedzie prosto, choć trzeba bardzo uważać na nogi. Prosto - przed siebie, choć płyty chodnikowe pamiętają pewnie zamierzchłe czasy poprzedniego stulecia. Niby niedużo, ale i nie tak mało. Ludzie, którzy urodzili się w XX wieku, są już dorośli. A raczej – pełnoletni. Różnica – subtelna, acz wyraźna.
Do miejsca, gdzie się umówiłam, jeszcze kilkaset metrów, ale mam spory zapas czasu. Idę zatem powoli; nigdzie się nie śpieszę. Rozglądam się ciekawie dokoła. Znam to miasto, kiedyś tu przez jakiś czas mieszkałam, ale o tej porze wszystko wygląda inaczej. Nie jakoś ciekawiej. Ale – inaczej, bardziej świeżo i lekko, bez tego przytłoczenia całodziennym hałasem, bez ciężaru całego dnia, bez odgłosu klaksonów, bez burzy emocji, jakie towarzyszą ludziom w ich pracy, w drodze do domu, po zakupy, w autobusach i hipermarketach.


Mijam stare, zniszczone ogrodzenie. Zrobione w dawnym stylu, z powyginanych fantazyjnie stalowych prętów, z których tu i ówdzie odpadły już metalowe kółeczka, blaszki i kulki. Płot jest zardzewiały i widać, że nikt dawno się nim nie zajmował. Stoi jednak na straży, resztkami sił broniąc dostępu do znajdującej się za nim posesji tym, którzy mieliby ochotę zakłócić bezruch tego miejsca. Ogrodzenie zaczyna się bramą, równie zardzewiałą i zniszczoną, jak cała konstrukcja. Oba jej skrzydła są połączone starym, grubym łańcuchem, kilkakrotnie okręconym wokół jej osnowy. Końce łańcucha łączy kłódka. Potężna, duża, na pierwszy rzut oka ciężka i nie do sforsowania. Zadziwiająco nowoczesna. I błyszcząca w promieniach poranka, lśniąca nowością.


Przystanęłam, zaskoczona tą odmiennością.
Za ogrodzeniem wznosi się budynek. Stary, opuszczony, straszący pustymi futrynami po oknach. Miejsca, gdzie kiedyś były drzwi, są zasłonięte deskami, przybitymi poziomo i – niby pieczęć – na ukos, od lewego dolnego rogu do prawego górnego. Wejścia nie ma. Na dachu smętnie sterczą resztki komina z czerwonej cegły, a tuż obok – kawałek jakiejś konstrukcji, z której zwisają kawałki drutów, poruszane wiatrem, na darmo próbujące zerwać się z tej uwięzi.
Dawno nikogo tu nie było. Resztki pozimowej flory, swobodnie i bez żadnego skrępowania okalające budowlę, nie noszą żadnych śladów jakiejkolwiek bytności.
Idę dalej, cały czas wzdłuż ogrodzenia, które – raptownie się kończy, odsłaniając ślady korozji i ludzkiej ingerencji – ostre, niczym nie zabezpieczone, końcówki porozcinanych prętów jawią mi się niby zaproszenie do odwiedzin, z którego za żadną cenę nie chciałabym skorzystać. Kilka metrów dalej – furtka. Zdezelowana i zniszczona, z połamanymi prętami i zniszczonym górnym zawiasem, a na furtce napis: „Wejście wzbronione. Wejście na posesję 20 metrów dalej”.
Powoli oddalam się w kierunku miejsca mojego umówionego spotkania. Napis z furtki unoszę pod powiekami. Głęboko oddycham. Czuję, jak powietrze dociera do każdego zakamarka mojego organizmu. 

czwartek, 6 lutego 2020

***


Tylko patrzyła.
W tych oczach, po raz pierwszy w życiu, widziała siebie taką, jakiej nigdy wcześniej siebie nie znała. Pewną siebie i swojego miejsca. Pełną ufności, ale też spokoju i takiej chęci do życia, jakiej chyba nigdy nie odczuwała. Nie wiedziała, kiedy i jak to się zmieniło. Ona, wiecznie użalająca się nad sobą, ciągle mająca do siebie o wszystko pretensje – nauczyła się walczyć o siebie, odważnie chwytać każdy dzień, nie odpuszczać i konsekwentnie dążyć do wyznaczonego sobie celu.
On jeden umiał tak się do niej zbliżyć, że nie czuła lęku. Nie bała się go, choć strach był jej drugim imieniem – zawsze, kiedy obok niej pojawiał się ktoś, komu mogłaby pozwolić zajrzeć w głąb swojego serca. Nikomu na to nie pozwalała, za dużo tam było sekretów, nierozwiązanych spraw, nienazwanych istnień, niedokończonych zamiarów. Jej serce było jak pożar, który trawił wszystko, czego dotknął – i który zostawiał wszystko nadpalone i wątłe, choć nigdy niczego doszczętnie nie unicestwiał. Zostawiał ból – ale nie pozwalał go uśmierzyć, i lęk – do którego, jak do ogniska, dokładał po małej gałązce obaw i wątpliwości, aby trwał zawsze, nie zapominany nawet przez chwilę.


On podszedł bliżej. Łagodnie i odważnie, delikatnie i jednocześnie bez najmniejszych okruchów niepewności; niczym wyśmienity chirurg dotykał po kolei wszystkich obszarów, które napotykał; nie mamił i nie oszukiwał, konsekwentnie odkrywał wszystko, co do tej pory bardzo skrupulatnie chowała i ukrywała. Nie bała się. Nie wiedziała dlaczego. Nie bała się i w pewien sposób nawet chciała, aby to wszystko przestało być niewidzialne. Była zmęczona tą tajemnicą.
On pojawił się znikąd i nagle. Zupełnie jakby w ciemnym pokoju ktoś zapalił światło i nagle okazało się, że on tam był cały czas, tylko ona go nie widziała. Nie narzucał się i dał jej czas, aby się oswoiła z jego obecnością. Podchodził powoli i ostrożnie, pozwalając, aby nauczyła się go rozpoznawać i zauważać bez obaw. Chciał, aby cieszyła się z jego obecności – i aby tęskniła za nim, kiedy on będzie milczał.
Był jej mentorem i przewodnikiem. Była pewna jego wiedzy, jego doświadczenia, jego cierpliwości i umiejętności.
Była pewna.


środa, 15 stycznia 2020

Spotkanie. Zwłaszcza pierwsze.



Spotkania bywają różne.
Zwłaszcza te pierwsze.
Umówiłyśmy się na przystanku. Tak było najprościej. Jechałam skądś, podążałam gdzieś, więc właściwie – tutaj było mi najbliżej.
Pierwsze zaskoczenie: nie spóźniła się. Była nawet przed czasem. Zauważyłam ją zanim stanęła przede mną. Szła szybkim krokiem, jakby się spieszyła, a jednocześnie – była tak bardzo uważna.
„Mam specjalne miejsce dla nas” – powiedziała, kiedy stanęła przede mną – „powinni mieć otwarte, spodoba ci się”. Mieli tam mieć książki (uwielbiam!), miała być świetna atmosfera i spokojna, przytulna cisza, sprzyjająca rozmowie. A kiedy się okazało, że mieli zamknięte… znalazłyśmy inne miejsce, nie żaden McDonalds ani PizzaHut. Przyciemnione światło, szmer rozmów. Duży stolik, przy którym można było usiąść naprzeciwko siebie i rozmawiać bez patrzenia na zegarek i pyszna kawa, która w dobrym towarzystwie smakowała naprawdę dobrze.


Nie znałyśmy się wcześniej. Widziałyśmy się gdzieś, ale nie wiedziałyśmy o sobie nic. Potem przypadek sprawił, że najpierw mail, potem telefon, potem spotkanie… choć żadna z nas nie wierzy w przypadki.
Rozmowa była długa. Chwilami bardziej poważna niż to może wypadało przy pierwszym spotkaniu, ale – nie czułyśmy żadnego skrępowania ani zawstydzenia. Rozmawiałyśmy, z całą uwagą wysłuchując siebie nawzajem i nie układając sobie odpowiedzi naprzód. Tak normalnie i z szacunkiem, bez przesady w żadną stronę.
Kiedy odprowadziła mnie na pociąg i potem, kiedy jechałam do domu, kiedy myślałam o tym spotkaniu, o naszej rozmowie – czułam spokój. Nie miałam wrażenia, że coś za mało albo czegoś za dużo; że może za długo albo nietaktownie. Wszystko było w punkt.
I dziś, teraz – wróciła do mnie ta rozmowa. Bezsenna noc, jakieś niezidentyfikowane głosy zza okna (to znaczy ludzkie, ale ludzie mi nieznani), wędrówki do kuchni, żeby napić się wody, bo może dlatego nie mogę spać…
I myślałam: jak to dobrze, że są ludzie, którzy wlewają we mnie pokój. Którzy nie mają na twarzy wypisanych jedynie roszczeń, ale którzy są otwarci i słuchający. Tacy, którzy bez zbędnych formalności potrafią powiedzieć wprost i bez owijania, ale – zawsze z pełnym szacunkiem. Tacy, którzy nie skupiają się na tym, co sami chcą powiedzieć, ale przynajmniej równie ważne jest to, co inni mają do powiedzenia. Którzy nie przerywają i nie wchodzą w słowo.
I tacy, którzy specjalnie dla mnie wybierają takie miejsce do rozmowy, aby tym miejscem okazać mi swój szacunek.
(Ten wpis dedykuję D., z wdzięcznością za dobrą lekcję dobrej rozmowy, za dobre spotkanie, choć pierwsze, i za specjalne miejsce, z książkami i dobrą kawą. I z kominkiem!)



niedziela, 12 stycznia 2020

Przypadki szkolne czyli Przemo jedzie na narty :)

- Ha! - ostatnia lekcja, koniec! - Patryk wpadł do pokoju nauczycielskiego i rzucił teczkę na krzesło - jak ja lubię ostatnie lekcje. Każda mogłaby być ostatnia, no nie? - zwrócił się do Marty, która wypełniała dziennik elektroniczny, siedząc przy dyżurnym biurku - jedynym, jakie stało w tym pomieszczeniu. 
Marta nie zdążyła mu odpowiedzieć, bo do pokoju wtargnął Najbardziej Wysportowany Belfer czyli wuefista:
Nareszcie! - Przemek z widoczną satysfakcją wrzucił do szafki zestaw książek z ćwiczeniami dla klasy ósmej "Mały Pitagoras, cz. 4", które na korytarzu zabrał od Hanki, budząc w niej tym gestem uczucie ogromnej wdzięczności - wreszcie wolne! Ileż można czekać. Od jutra ferie... - rozmarzył się - czujecie? Narty! Łyżwy! Snowboard! 



Marta i Hanka spojrzały na siebie porozumiewawczo.
- Przemuś, a ty po feriach chcesz wrócić do pracy czy do szpitala? - spytała Klara, uważnie oglądając swoje pomalowane na ciemnoczerwono paznokcie - Najpierw połamiesz sobie nogi, potem przymarzniesz do lodu, a potem przysypie cię lawina, zobaczysz - prorokowała z poważną miną.
- Ale że jak? - Marta odstawiła kubek z kawą, żeby móc rozłożyć ręce w geście bezradności wobec toku rozumowania Klary - to jak połamie sobie nogi na nartach, to potem pójdzie na łyżwy? Da się tak?
- Aaa... - zorientowała się Klara - no to może nie złamie, tylko skręci kostkę czy coś. Albo w ogóle tylko się potłucze. Potłuczony może jeździć na łyżwach, nie? Przemo, możesz?
Przemek stał i coraz większymi oczami patrzył raz na Martę, raz na Klarę. 
- Nie wiem - w końcu przemówił - ale wiem jedno. 
- No? - dało się słyszeć z trzech kobiecych gardeł jednocześnie - co wiesz?
Przemek nabrał powietrza do płuc.
- Nie zamierzam się przewracać, łamać, tłuc, skręcać sobie kostek ani przymarzać do lodu. Za to mam wrażenie, że niektórzy już wrócili z nart. Bo gadają jak potłuczeni...

niedziela, 22 grudnia 2019

O tym, czego brakuje


Nie zawsze jest świątecznie; nawet jak choinki wszędzie, i bombki, i prezenty na każdym zakręcie, to bywa, że codzienność im bliżej Bożego Narodzenia - boli, uwiera, doskwiera i dotyka tak, że tchu brakuje, a i łez też wcale nie jest za dużo.

Nie zamierzam narzekać i się użalać. Ale co rok jest to samo i za każdym razem jestem szczerze zdziwiona, że coraz bliżej wigilia, Boże Narodzenie, a ciągle za mało nam świątecznie.
Skąd mi to?


Gdzieś w głębi wiemy, co najważniejsze. Mamy to wpisane w serca i wdrukowane w duszę. Mamy świadomość, przeczucie, szósty i siódmy zmysł… Czego nam brakuje? Czego MI brakuje?
Zaufania.
Zawierzenia.
Oddania wszystkiego w najlepsze Ręce.
I spokoju, płynącego z tego zaufania i zawierzenia.
Bo my ciągle kombinujemy.

I nie chodzi nawet o tą choinkę, czy w tym roku kolorowa czy złota, bo to modne i znajomi tak mają. I nie o karpia czy może lepiej pstrąg, bo to też ryba, a smaczniejszy podobno. O sianko pod obrusem i tą naszą niewinną (?) zabawę, kto dłuższą trawkę wyciągnie, też nie chodzi.
Rekolekcje. Spowiedź, choć nie wielkanocna, to przecież – nie wiem, czy nie najważniejsza. Żeby rok zamknąć dobrze, ze spokojem i ciszą w sercu. Z zasłuchaniem w to, z czym kończymy i z tym, za co powinniśmy podziękować. Żeby od pierwszego dnia nowego roku – zacząć naprawdę od nowa, a nie ciągle z jedną nogą w przeszłości.
Nie lubimy, jak nas ktoś poucza. Więc idzie się do kościoła, a nie na mszę, potem się wraca… i się żyje jak wcześniej. I ciągle się dziwimy, że nie mamy bliżej, ani łatwiej, ani do przodu.
Kombinujemy i chcemy dojść do celu – naokoło, a mimo to szybciej. Lawirujemy, a to nasze „jakoś to będzie” staje się hasłem nie na chwilę, ale – na zawsze. I potem już zazwyczaj jest „jako tako”, „może być” i „oby nie było gorzej”. Czasem udaje się na ogarnąć na chwilę, na kilka dni, na tydzień. A potem? „Niech to się już skończy”, wzdychamy, „niech już będzie po świętach”.
I może nieco infantylnie, ale to trochę tak, jakby bombki były bez choinki. Niby świątecznie, ale jednak czegoś brakuje.


Nie da się tak.
Nie da się bez zaufania, zawierzenia.
„I choćby przyszło tysiąc atletów”, jak pisał pewien bajkopisarz, „to nie udźwigną. Taki to ciężar”.

Nie nieś wszystkiego sam. Zaufaj, oddaj i pozwól sobie pomóc. I naprawdę uwierz, że wtedy będzie – może nie od razu – ale na pewno – o niebo lepiej.

czwartek, 28 listopada 2019

Wędrowny Anioł (XXVI)

- Widziałaś? Jeszcze nie opadły wszystkie liście, a gałązki już są pokryte lodem.


Kiedy rano otworzyłam oczy, Wędrowny stał przy oknie i wyglądał na zewnątrz. Powoli przesuwał wzrokiem po drzewach, dachach okolicznych domów, uśmiechając się na widok zawadiackich wróbli i uważnie obserwując, jak miejskie gołębie walczą o kawałki chleba, rzucane im przez małą dziewczynkę, której mama była zajęta rozmową przez telefon.
Dziewczynka zafascynowana patrzyła, jak ptaki podchodzą po rzucany im pokarm tak blisko, że można je było dotknąć. Chwytały co większe kawałki i prędko odfruwały na odpowiednią odległość, aby za chwilę powrócić i powtórzyć manewr.
Trawnik był pokryty cieniutką warstwą bieli, jakby niechcący dotknięty pędzlem przez nieuważnego malarza. Drobinki wilgoci, uwięzione przez mróz w lodowej pułapce, skrzyły się w wyjątkowo ostrym słońcu, puszczając niby sygnały świetlne alfabetem Morse`a, wysyłane do nieznanego adresata.


Nieopodal przejechał samochód. Mama dziewczynki, nie przestając prowadzić rozmowy, odruchowo ścisnęła rękę córeczki, jakby chroniąc ją przed niewiadomym niebezpieczeństwem.
Gołębie poderwały się gwałtownie z chodnika, porzucając jeszcze nie zdobyte pożywienie, i porozsiadały się na pobliskich parapetach i dachach, z bezpiecznej odległości obserwując rozwój sytuacji na ziemi.


Wędrowny uśmiechnął się.
- Niedługo zima. Ale sen, jaki ogarnie ziemię, będzie czuwaniem niż drzemką. Lód spadnie z gałązek na ziemię, trawa znów będzie zielona, a drzewa pokryją się liśćmi. Naturalna kolej rzeczy. O, właśnie, kolej... Pamiętasz, że powinnaś zdążyć na pociąg?
Pamiętałam. Stanęłam na wprost okna. Zrobiłam znak krzyża. Zaczynałam dzień.



poniedziałek, 18 listopada 2019

Meta niewarta pośpiechu


Meta niewarta pośpiechu.

Kiedy któregoś dnia przeczytałam do sformułowanie, przystanęłam.  Przyjrzałam się uważnie tym literom, ułożonym w ściśle określonym porządku. Przeczytałam na głos. Jeszcze raz, i jeszcze. Nie do wiary. Trzy słowa,
Nie da się nazwać i precyzyjnie określić, co wtedy poczułam. To była jak jakaś tajemnica, której początku nie znałam, a końca nie byłam w stanie odgadnąć. Sekret. Zagadka dla wtajemniczonych. Mądrość pióra, które zostawiło ślad na kartce papieru – i atramentu, który pokazał znaki, choć nie wyjaśnił ich znaczenia.


Meta niewarta pośpiechu.
Takie miejsce, gdzie wydaje się nam, że będzie wspaniale i będzie wszystkiego pod dostatkiem, a okazuje się, że jest bardziej zwykłe niż to możliwe. Takie byle co i byle jak. Byle z kim, na łapu capu. I byle gdzie. Wszędzie czyli nigdzie. Pustka, która nie niesie nic. I nie daje niczego, a wszystko zabiera. Zostawia z pustką. Z niedopowiedzianym. Ze smutkiem i rozczarowaniem.
Bo pięknie miało być.
Miało być zwyczajnie, ale przytulnie. I ciepło, choć jesień albo zima może za oknem. Miało być tak, żeby nie chciało się być gdzie indziej. A wcale na to się nie zanosi.



Każdy ma ją swoją. I, przy odrobinie szczęścia, sam ją sobie wyznacza. Wszystkiego sam może dopilnować, doprecyzować, nazwać i oswoić.
I chodzi o to, żeby nasza meta była odwrotnością. Żeby dawała to, co obiecuje, żeby nie zostawiała bez sił i bez nadziei. Żeby karmiła i gasiła pragnienie. Nie sama ona, oczywiście, ale to, co na niej. Żebyśmy wiedzieli, że warto do niej biec, ale – nie warto skracać sobie drogi. Żeby nie tyle się nie śpieszyć, co – wiedzieć, o co idzie gra. Odczytać każdy dany nam znak, usłyszeć każdą wskazówkę, mieć odwagę – wprowadzić w życie to, co nam w sercu, w drodze do tej mety, zagrało. O to chodzi, żeby słuchać serca. Żeby wsłuchiwać się w jego poruszenia i być wiernym. I odważnym.

Meta niewarta pośpiechu. Oby nie była naszym udziałem.

PS. Nie wymyśliłam tego sformułowania. Jego autorką jest Monika A. Oleksa, której Dobre Myśli do Kawy niemal codziennie rano mi towarzyszą - właśnie przy porannej kawie, a "meta niewarta pośpiechu" poruszyła mnie tak bardzo, że musiałam o tym napisać. Moniko - dziękuję!

Życie nie stoi w miejscu...

  Płomień maleńkiej świecy rozpalał się coraz bardziej. Z początku nieśmiało, a potem coraz odważniej wspinał się po jedwabnym sznureczku, o...