środa, 1 kwietnia 2020

Powiedz: wrócisz?



Który to już tydzień? Trzeci czy czwarty? Tracę rachubę czasu. Przestałam liczyć dni, nie oglądam wiadomości, coraz rzadziej wyglądam przez okno. Gdyby nie moja mama, przegapiłabym przestawianie zegarków. I zaczynam się bać. Zwyczajnie, po ludzku.
Ale nie zakażenia. Jestem ostrożna, niczego nie lekceważę, ale nie ma we mnie lęku przed chorobą. Myję ręce, unikam wychodzenia z domu, kontaktuję się ze znajomymi przed telefon i maila – jest we mnie dużo spokoju. A jednak zaczynam się bać.
Kiedy pierwszy raz usłyszałam w telewizji, że zostają wprowadzone ograniczenia, obostrzenia i zakazy – słuchałam tego trochę z niedowierzaniem, ale i ze zrozumieniem. A teraz…
Kiedyś ta cała zawierucha się skończy. Może za kilka tygodni, może za miesiąc, dwa. Nie wiemy. Nikt nie wie … oprócz Wszechwiedzącego.
Zakaz (bo w praktyce tak to wygląda) uczestniczenia w mszy świętej w kościele i przyjmowania Najświętszej Eucharystii w sposób sakramentalny w wielu sercach spowodował ból i obudził tęsknotę, której nie da się uciszyć, bo z dnia na dzień woła coraz głośniej.
A kiedy będzie można do kościoła pójść – ilu z nas tam wróci? I czy nie będzie więcej takich, którzy powiedzą: jak widać – można żyć bez kościoła i bez paciorków klepanych przed i po mszy. Można obejrzeć transmisję i być w kościele bez wychodzenia z domu. Można – jak już bardzo chcecie – w tym uczestniczyć z nogą założoną na nogę i z kubkiem kawy w ręku. Przez internet czy telewizor i tak nikt nie zobaczy. Po co wam ta cała szopka, to coniedzielne chodzenie na mszę? To jakiś zabobon. Nie ma Boga, bo jakby był, to nie byłoby tej pandemii, nie byłoby chorych i umierających…
Boję się tego. Że wielu z nas nie wróci, nie zacznie od nowa, nie uwierzy mocniej.
Mam nadzieję, że się mylę.

Od powietrza, głodu, ognia i wojny… od codziennego odchodzenia od Ciebie… od bez-wiary i bez-wdzięczności – wybaw nas, Panie.

niedziela, 1 marca 2020

Wejście na posesję 20 metrów dalej

Piąta trzydzieści rano.
Jeszcze trochę zaspane miasto i trochę niemrawi ludzie. Chłodno. Wszędzie widać postawione kołnierze, czapki i kaptury. Okazuje się, że nawet ubranym od stóp do głów można wyglądać wyzywająco. Można zniechęcać wzrokiem i sposobem chodzenia. A nawet sposobem, w jaki czeka się na zmianę świateł na przejściu.


Chodnik wiedzie prosto, choć trzeba bardzo uważać na nogi. Prosto - przed siebie, choć płyty chodnikowe pamiętają pewnie zamierzchłe czasy poprzedniego stulecia. Niby niedużo, ale i nie tak mało. Ludzie, którzy urodzili się w XX wieku, są już dorośli. A raczej – pełnoletni. Różnica – subtelna, acz wyraźna.
Do miejsca, gdzie się umówiłam, jeszcze kilkaset metrów, ale mam spory zapas czasu. Idę zatem powoli; nigdzie się nie śpieszę. Rozglądam się ciekawie dokoła. Znam to miasto, kiedyś tu przez jakiś czas mieszkałam, ale o tej porze wszystko wygląda inaczej. Nie jakoś ciekawiej. Ale – inaczej, bardziej świeżo i lekko, bez tego przytłoczenia całodziennym hałasem, bez ciężaru całego dnia, bez odgłosu klaksonów, bez burzy emocji, jakie towarzyszą ludziom w ich pracy, w drodze do domu, po zakupy, w autobusach i hipermarketach.


Mijam stare, zniszczone ogrodzenie. Zrobione w dawnym stylu, z powyginanych fantazyjnie stalowych prętów, z których tu i ówdzie odpadły już metalowe kółeczka, blaszki i kulki. Płot jest zardzewiały i widać, że nikt dawno się nim nie zajmował. Stoi jednak na straży, resztkami sił broniąc dostępu do znajdującej się za nim posesji tym, którzy mieliby ochotę zakłócić bezruch tego miejsca. Ogrodzenie zaczyna się bramą, równie zardzewiałą i zniszczoną, jak cała konstrukcja. Oba jej skrzydła są połączone starym, grubym łańcuchem, kilkakrotnie okręconym wokół jej osnowy. Końce łańcucha łączy kłódka. Potężna, duża, na pierwszy rzut oka ciężka i nie do sforsowania. Zadziwiająco nowoczesna. I błyszcząca w promieniach poranka, lśniąca nowością.


Przystanęłam, zaskoczona tą odmiennością.
Za ogrodzeniem wznosi się budynek. Stary, opuszczony, straszący pustymi futrynami po oknach. Miejsca, gdzie kiedyś były drzwi, są zasłonięte deskami, przybitymi poziomo i – niby pieczęć – na ukos, od lewego dolnego rogu do prawego górnego. Wejścia nie ma. Na dachu smętnie sterczą resztki komina z czerwonej cegły, a tuż obok – kawałek jakiejś konstrukcji, z której zwisają kawałki drutów, poruszane wiatrem, na darmo próbujące zerwać się z tej uwięzi.
Dawno nikogo tu nie było. Resztki pozimowej flory, swobodnie i bez żadnego skrępowania okalające budowlę, nie noszą żadnych śladów jakiejkolwiek bytności.
Idę dalej, cały czas wzdłuż ogrodzenia, które – raptownie się kończy, odsłaniając ślady korozji i ludzkiej ingerencji – ostre, niczym nie zabezpieczone, końcówki porozcinanych prętów jawią mi się niby zaproszenie do odwiedzin, z którego za żadną cenę nie chciałabym skorzystać. Kilka metrów dalej – furtka. Zdezelowana i zniszczona, z połamanymi prętami i zniszczonym górnym zawiasem, a na furtce napis: „Wejście wzbronione. Wejście na posesję 20 metrów dalej”.
Powoli oddalam się w kierunku miejsca mojego umówionego spotkania. Napis z furtki unoszę pod powiekami. Głęboko oddycham. Czuję, jak powietrze dociera do każdego zakamarka mojego organizmu. 

czwartek, 6 lutego 2020

***


Tylko patrzyła.
W tych oczach, po raz pierwszy w życiu, widziała siebie taką, jakiej nigdy wcześniej siebie nie znała. Pewną siebie i swojego miejsca. Pełną ufności, ale też spokoju i takiej chęci do życia, jakiej chyba nigdy nie odczuwała. Nie wiedziała, kiedy i jak to się zmieniło. Ona, wiecznie użalająca się nad sobą, ciągle mająca do siebie o wszystko pretensje – nauczyła się walczyć o siebie, odważnie chwytać każdy dzień, nie odpuszczać i konsekwentnie dążyć do wyznaczonego sobie celu.
On jeden umiał tak się do niej zbliżyć, że nie czuła lęku. Nie bała się go, choć strach był jej drugim imieniem – zawsze, kiedy obok niej pojawiał się ktoś, komu mogłaby pozwolić zajrzeć w głąb swojego serca. Nikomu na to nie pozwalała, za dużo tam było sekretów, nierozwiązanych spraw, nienazwanych istnień, niedokończonych zamiarów. Jej serce było jak pożar, który trawił wszystko, czego dotknął – i który zostawiał wszystko nadpalone i wątłe, choć nigdy niczego doszczętnie nie unicestwiał. Zostawiał ból – ale nie pozwalał go uśmierzyć, i lęk – do którego, jak do ogniska, dokładał po małej gałązce obaw i wątpliwości, aby trwał zawsze, nie zapominany nawet przez chwilę.


On podszedł bliżej. Łagodnie i odważnie, delikatnie i jednocześnie bez najmniejszych okruchów niepewności; niczym wyśmienity chirurg dotykał po kolei wszystkich obszarów, które napotykał; nie mamił i nie oszukiwał, konsekwentnie odkrywał wszystko, co do tej pory bardzo skrupulatnie chowała i ukrywała. Nie bała się. Nie wiedziała dlaczego. Nie bała się i w pewien sposób nawet chciała, aby to wszystko przestało być niewidzialne. Była zmęczona tą tajemnicą.
On pojawił się znikąd i nagle. Zupełnie jakby w ciemnym pokoju ktoś zapalił światło i nagle okazało się, że on tam był cały czas, tylko ona go nie widziała. Nie narzucał się i dał jej czas, aby się oswoiła z jego obecnością. Podchodził powoli i ostrożnie, pozwalając, aby nauczyła się go rozpoznawać i zauważać bez obaw. Chciał, aby cieszyła się z jego obecności – i aby tęskniła za nim, kiedy on będzie milczał.
Był jej mentorem i przewodnikiem. Była pewna jego wiedzy, jego doświadczenia, jego cierpliwości i umiejętności.
Była pewna.


środa, 15 stycznia 2020

Spotkanie. Zwłaszcza pierwsze.



Spotkania bywają różne.
Zwłaszcza te pierwsze.
Umówiłyśmy się na przystanku. Tak było najprościej. Jechałam skądś, podążałam gdzieś, więc właściwie – tutaj było mi najbliżej.
Pierwsze zaskoczenie: nie spóźniła się. Była nawet przed czasem. Zauważyłam ją zanim stanęła przede mną. Szła szybkim krokiem, jakby się spieszyła, a jednocześnie – była tak bardzo uważna.
„Mam specjalne miejsce dla nas” – powiedziała, kiedy stanęła przede mną – „powinni mieć otwarte, spodoba ci się”. Mieli tam mieć książki (uwielbiam!), miała być świetna atmosfera i spokojna, przytulna cisza, sprzyjająca rozmowie. A kiedy się okazało, że mieli zamknięte… znalazłyśmy inne miejsce, nie żaden McDonalds ani PizzaHut. Przyciemnione światło, szmer rozmów. Duży stolik, przy którym można było usiąść naprzeciwko siebie i rozmawiać bez patrzenia na zegarek i pyszna kawa, która w dobrym towarzystwie smakowała naprawdę dobrze.


Nie znałyśmy się wcześniej. Widziałyśmy się gdzieś, ale nie wiedziałyśmy o sobie nic. Potem przypadek sprawił, że najpierw mail, potem telefon, potem spotkanie… choć żadna z nas nie wierzy w przypadki.
Rozmowa była długa. Chwilami bardziej poważna niż to może wypadało przy pierwszym spotkaniu, ale – nie czułyśmy żadnego skrępowania ani zawstydzenia. Rozmawiałyśmy, z całą uwagą wysłuchując siebie nawzajem i nie układając sobie odpowiedzi naprzód. Tak normalnie i z szacunkiem, bez przesady w żadną stronę.
Kiedy odprowadziła mnie na pociąg i potem, kiedy jechałam do domu, kiedy myślałam o tym spotkaniu, o naszej rozmowie – czułam spokój. Nie miałam wrażenia, że coś za mało albo czegoś za dużo; że może za długo albo nietaktownie. Wszystko było w punkt.
I dziś, teraz – wróciła do mnie ta rozmowa. Bezsenna noc, jakieś niezidentyfikowane głosy zza okna (to znaczy ludzkie, ale ludzie mi nieznani), wędrówki do kuchni, żeby napić się wody, bo może dlatego nie mogę spać…
I myślałam: jak to dobrze, że są ludzie, którzy wlewają we mnie pokój. Którzy nie mają na twarzy wypisanych jedynie roszczeń, ale którzy są otwarci i słuchający. Tacy, którzy bez zbędnych formalności potrafią powiedzieć wprost i bez owijania, ale – zawsze z pełnym szacunkiem. Tacy, którzy nie skupiają się na tym, co sami chcą powiedzieć, ale przynajmniej równie ważne jest to, co inni mają do powiedzenia. Którzy nie przerywają i nie wchodzą w słowo.
I tacy, którzy specjalnie dla mnie wybierają takie miejsce do rozmowy, aby tym miejscem okazać mi swój szacunek.
(Ten wpis dedykuję D., z wdzięcznością za dobrą lekcję dobrej rozmowy, za dobre spotkanie, choć pierwsze, i za specjalne miejsce, z książkami i dobrą kawą. I z kominkiem!)



niedziela, 12 stycznia 2020

Przypadki szkolne czyli Przemo jedzie na narty :)

- Ha! - ostatnia lekcja, koniec! - Patryk wpadł do pokoju nauczycielskiego i rzucił teczkę na krzesło - jak ja lubię ostatnie lekcje. Każda mogłaby być ostatnia, no nie? - zwrócił się do Marty, która wypełniała dziennik elektroniczny, siedząc przy dyżurnym biurku - jedynym, jakie stało w tym pomieszczeniu. 
Marta nie zdążyła mu odpowiedzieć, bo do pokoju wtargnął Najbardziej Wysportowany Belfer czyli wuefista:
Nareszcie! - Przemek z widoczną satysfakcją wrzucił do szafki zestaw książek z ćwiczeniami dla klasy ósmej "Mały Pitagoras, cz. 4", które na korytarzu zabrał od Hanki, budząc w niej tym gestem uczucie ogromnej wdzięczności - wreszcie wolne! Ileż można czekać. Od jutra ferie... - rozmarzył się - czujecie? Narty! Łyżwy! Snowboard! 



Marta i Hanka spojrzały na siebie porozumiewawczo.
- Przemuś, a ty po feriach chcesz wrócić do pracy czy do szpitala? - spytała Klara, uważnie oglądając swoje pomalowane na ciemnoczerwono paznokcie - Najpierw połamiesz sobie nogi, potem przymarzniesz do lodu, a potem przysypie cię lawina, zobaczysz - prorokowała z poważną miną.
- Ale że jak? - Marta odstawiła kubek z kawą, żeby móc rozłożyć ręce w geście bezradności wobec toku rozumowania Klary - to jak połamie sobie nogi na nartach, to potem pójdzie na łyżwy? Da się tak?
- Aaa... - zorientowała się Klara - no to może nie złamie, tylko skręci kostkę czy coś. Albo w ogóle tylko się potłucze. Potłuczony może jeździć na łyżwach, nie? Przemo, możesz?
Przemek stał i coraz większymi oczami patrzył raz na Martę, raz na Klarę. 
- Nie wiem - w końcu przemówił - ale wiem jedno. 
- No? - dało się słyszeć z trzech kobiecych gardeł jednocześnie - co wiesz?
Przemek nabrał powietrza do płuc.
- Nie zamierzam się przewracać, łamać, tłuc, skręcać sobie kostek ani przymarzać do lodu. Za to mam wrażenie, że niektórzy już wrócili z nart. Bo gadają jak potłuczeni...

niedziela, 22 grudnia 2019

O tym, czego brakuje


Nie zawsze jest świątecznie; nawet jak choinki wszędzie, i bombki, i prezenty na każdym zakręcie, to bywa, że codzienność im bliżej Bożego Narodzenia - boli, uwiera, doskwiera i dotyka tak, że tchu brakuje, a i łez też wcale nie jest za dużo.

Nie zamierzam narzekać i się użalać. Ale co rok jest to samo i za każdym razem jestem szczerze zdziwiona, że coraz bliżej wigilia, Boże Narodzenie, a ciągle za mało nam świątecznie.
Skąd mi to?


Gdzieś w głębi wiemy, co najważniejsze. Mamy to wpisane w serca i wdrukowane w duszę. Mamy świadomość, przeczucie, szósty i siódmy zmysł… Czego nam brakuje? Czego MI brakuje?
Zaufania.
Zawierzenia.
Oddania wszystkiego w najlepsze Ręce.
I spokoju, płynącego z tego zaufania i zawierzenia.
Bo my ciągle kombinujemy.

I nie chodzi nawet o tą choinkę, czy w tym roku kolorowa czy złota, bo to modne i znajomi tak mają. I nie o karpia czy może lepiej pstrąg, bo to też ryba, a smaczniejszy podobno. O sianko pod obrusem i tą naszą niewinną (?) zabawę, kto dłuższą trawkę wyciągnie, też nie chodzi.
Rekolekcje. Spowiedź, choć nie wielkanocna, to przecież – nie wiem, czy nie najważniejsza. Żeby rok zamknąć dobrze, ze spokojem i ciszą w sercu. Z zasłuchaniem w to, z czym kończymy i z tym, za co powinniśmy podziękować. Żeby od pierwszego dnia nowego roku – zacząć naprawdę od nowa, a nie ciągle z jedną nogą w przeszłości.
Nie lubimy, jak nas ktoś poucza. Więc idzie się do kościoła, a nie na mszę, potem się wraca… i się żyje jak wcześniej. I ciągle się dziwimy, że nie mamy bliżej, ani łatwiej, ani do przodu.
Kombinujemy i chcemy dojść do celu – naokoło, a mimo to szybciej. Lawirujemy, a to nasze „jakoś to będzie” staje się hasłem nie na chwilę, ale – na zawsze. I potem już zazwyczaj jest „jako tako”, „może być” i „oby nie było gorzej”. Czasem udaje się na ogarnąć na chwilę, na kilka dni, na tydzień. A potem? „Niech to się już skończy”, wzdychamy, „niech już będzie po świętach”.
I może nieco infantylnie, ale to trochę tak, jakby bombki były bez choinki. Niby świątecznie, ale jednak czegoś brakuje.


Nie da się tak.
Nie da się bez zaufania, zawierzenia.
„I choćby przyszło tysiąc atletów”, jak pisał pewien bajkopisarz, „to nie udźwigną. Taki to ciężar”.

Nie nieś wszystkiego sam. Zaufaj, oddaj i pozwól sobie pomóc. I naprawdę uwierz, że wtedy będzie – może nie od razu – ale na pewno – o niebo lepiej.

czwartek, 28 listopada 2019

Wędrowny Anioł (XXVI)

- Widziałaś? Jeszcze nie opadły wszystkie liście, a gałązki już są pokryte lodem.


Kiedy rano otworzyłam oczy, Wędrowny stał przy oknie i wyglądał na zewnątrz. Powoli przesuwał wzrokiem po drzewach, dachach okolicznych domów, uśmiechając się na widok zawadiackich wróbli i uważnie obserwując, jak miejskie gołębie walczą o kawałki chleba, rzucane im przez małą dziewczynkę, której mama była zajęta rozmową przez telefon.
Dziewczynka zafascynowana patrzyła, jak ptaki podchodzą po rzucany im pokarm tak blisko, że można je było dotknąć. Chwytały co większe kawałki i prędko odfruwały na odpowiednią odległość, aby za chwilę powrócić i powtórzyć manewr.
Trawnik był pokryty cieniutką warstwą bieli, jakby niechcący dotknięty pędzlem przez nieuważnego malarza. Drobinki wilgoci, uwięzione przez mróz w lodowej pułapce, skrzyły się w wyjątkowo ostrym słońcu, puszczając niby sygnały świetlne alfabetem Morse`a, wysyłane do nieznanego adresata.


Nieopodal przejechał samochód. Mama dziewczynki, nie przestając prowadzić rozmowy, odruchowo ścisnęła rękę córeczki, jakby chroniąc ją przed niewiadomym niebezpieczeństwem.
Gołębie poderwały się gwałtownie z chodnika, porzucając jeszcze nie zdobyte pożywienie, i porozsiadały się na pobliskich parapetach i dachach, z bezpiecznej odległości obserwując rozwój sytuacji na ziemi.


Wędrowny uśmiechnął się.
- Niedługo zima. Ale sen, jaki ogarnie ziemię, będzie czuwaniem niż drzemką. Lód spadnie z gałązek na ziemię, trawa znów będzie zielona, a drzewa pokryją się liśćmi. Naturalna kolej rzeczy. O, właśnie, kolej... Pamiętasz, że powinnaś zdążyć na pociąg?
Pamiętałam. Stanęłam na wprost okna. Zrobiłam znak krzyża. Zaczynałam dzień.



poniedziałek, 18 listopada 2019

Meta niewarta pośpiechu


Meta niewarta pośpiechu.

Kiedy któregoś dnia przeczytałam do sformułowanie, przystanęłam.  Przyjrzałam się uważnie tym literom, ułożonym w ściśle określonym porządku. Przeczytałam na głos. Jeszcze raz, i jeszcze. Nie do wiary. Trzy słowa,
Nie da się nazwać i precyzyjnie określić, co wtedy poczułam. To była jak jakaś tajemnica, której początku nie znałam, a końca nie byłam w stanie odgadnąć. Sekret. Zagadka dla wtajemniczonych. Mądrość pióra, które zostawiło ślad na kartce papieru – i atramentu, który pokazał znaki, choć nie wyjaśnił ich znaczenia.


Meta niewarta pośpiechu.
Takie miejsce, gdzie wydaje się nam, że będzie wspaniale i będzie wszystkiego pod dostatkiem, a okazuje się, że jest bardziej zwykłe niż to możliwe. Takie byle co i byle jak. Byle z kim, na łapu capu. I byle gdzie. Wszędzie czyli nigdzie. Pustka, która nie niesie nic. I nie daje niczego, a wszystko zabiera. Zostawia z pustką. Z niedopowiedzianym. Ze smutkiem i rozczarowaniem.
Bo pięknie miało być.
Miało być zwyczajnie, ale przytulnie. I ciepło, choć jesień albo zima może za oknem. Miało być tak, żeby nie chciało się być gdzie indziej. A wcale na to się nie zanosi.



Każdy ma ją swoją. I, przy odrobinie szczęścia, sam ją sobie wyznacza. Wszystkiego sam może dopilnować, doprecyzować, nazwać i oswoić.
I chodzi o to, żeby nasza meta była odwrotnością. Żeby dawała to, co obiecuje, żeby nie zostawiała bez sił i bez nadziei. Żeby karmiła i gasiła pragnienie. Nie sama ona, oczywiście, ale to, co na niej. Żebyśmy wiedzieli, że warto do niej biec, ale – nie warto skracać sobie drogi. Żeby nie tyle się nie śpieszyć, co – wiedzieć, o co idzie gra. Odczytać każdy dany nam znak, usłyszeć każdą wskazówkę, mieć odwagę – wprowadzić w życie to, co nam w sercu, w drodze do tej mety, zagrało. O to chodzi, żeby słuchać serca. Żeby wsłuchiwać się w jego poruszenia i być wiernym. I odważnym.

Meta niewarta pośpiechu. Oby nie była naszym udziałem.

PS. Nie wymyśliłam tego sformułowania. Jego autorką jest Monika A. Oleksa, której Dobre Myśli do Kawy niemal codziennie rano mi towarzyszą - właśnie przy porannej kawie, a "meta niewarta pośpiechu" poruszyła mnie tak bardzo, że musiałam o tym napisać. Moniko - dziękuję!

wtorek, 29 października 2019

Wędrowny Anioł (XXV)

- Ty tutaj?
Siedział obok i wyglądał z uśmiechem przez okno. Ciągle mnie zaskakiwał, choć znaliśmy się już trochę i od jakiegoś czasu ze sobą rozmawialiśmy. Za szybą rozciągały się niezwykłe widoki. 


Przecudny, ciągle zmieniający się krajobraz to lasów, to szeroko rozpostartych przestrzeni  powodował, że podróż pociągiem stawała się niesamowitą podróżą w nieznane. Kiedy zadałam to pytanie, odwrócił głowę w moją stronę.
- Przecież mówisz o mnie "Wędrowny". To zobowiązuje. Podróżuję zawsze tam gdzie ty, choć nie zawsze o tym pamiętasz i nie zawsze mnie widzisz. Ale ja zawsze jestem.
I zawsze jestem w drodze.
Lubiłam go słuchać. Prostował moje poglądy, ciosał moje zapatrywania, podsuwał właściwe myśli. Nie narzucał, ale zachęcał; nie zmuszał i zawsze pozwalał wybierać.
- Życie jest drogą. - nie chciałam mu przerywać, ale to zdanie wyrwało mi się jakby mimochodem.
Uśmiechnął się.
- I dlatego jestem w drodze i jestem w twoim życiu. Jeśli tylko tego chcesz. Nic wbrew tobie. Wolna wola, pamiętasz?
Bez względu na to, co zrobisz i za czym się opowiesz, zawsze możesz być pewna, że jestem.
- I zawsze mnie wspierasz?
Pokręcił głową.
- Kiedy opowiadasz się za życiem - tak. Ale kiedy próbujesz iść w przeciwnym kierunku, niż niebo - jestem, ale szanuję twój wybór.


Wjechaliśmy w tunel.
Mimo świateł latarni, rozmieszczonych na kamiennych ścianach, poczułam się nieswojo. Dotknął mojej dłoni.
- Jeden jest Drogą, Światłem i Życiem. Nie zapominaj. I dziękuj.


poniedziałek, 9 września 2019

Przypadki szkolne. Jak walczyć o swoje.




- Ale zaiskrzyło! – profesor Przemo aż zagwizdał z podziwu. – o czym tu była mowa? – zapytał – młody Kitliński wyszedł z gabinetu Majchera z takim hukiem, że aż szyby zabrzęczały w oknach. Co mnie ominęło?
- Daj spokój, nie ma czego żałować – Hanka podniosła wzrok znad dziennika, jakby walcząc z poczuciem obowiązku a chęcią, żeby na chwilę o nim zapomnieć – nie poszedł mu sprawdzian z matematyki, więc podpalił arkusz i powiedział, że nikt mu nie będzie wypominać jednego potknięcia. Takie tam, małe drobne przewinienie, kto by się przejmował. – dokończyła zdanie i pokiwała głową. – Tak, tak, Przemo, widzisz? Możemy się uczyć od młodych, jak walczyć o swoje.
Wuefista Przemek zdębiał. Popatrzył na Hankę i podrapał się po głowie.
- Ty tak poważnie, Hania, z takim spokojem i takie wnioski? – nie mógł się nadziwić – nie poznaję cię, koleżanko pedagog. A gdzie wychowanie, gdzie odpowiednia kara za winę, gdzie nasza odpowiedzialność za latorośl, którą rodzice ufnie oddają w nasze ręce…
- Za dużo lekcji dzisiaj? – weszła mu w słowo Hanka – bo gadasz jak potłuczony. Pstryknij czajnik, poproszę. Może zdążę zrobić sobie dolewkę kawy.
Przemek roześmiał się serdecznie.
- Hania, ty to zawsze umiesz tak podsumować, że z człowieka opada całe napięcie i od razu czuje się lepiej. Zaparzę Ci świeżej, dolewki są niezdrowe. Znaj moje dobre serce.


- Zrobić tak, wypić nie, każdy belfer o tym wie – Marta nie mogła się powstrzymać przed rymowanką, którymi szafowała na lewo i prawo – Przemku, nastaw więcej. Mam okienko, może będę mieć na tyle szczęścia, żeby wypić jeszcze ciepłą, a nie jak zawsze mrożoną.

niedziela, 8 września 2019

Przypadki szkolne. Jedziemy na wycieczkę rowerową(I)

Dzień, przez krótką chwilę, zapowiadał się dość spokojnie. Lekcje normalnie, przerwy bez zmian, żadnych zebrań, żadnych narad.
Okazało się, że ta krótka chwila trwała naprawdę krótko.

- Ty też jedziesz? - Patryk wpadł jak burza do pokoju nauczycielskiego i wycelował swój palec w Martę. - Pomożesz mi ogarnąć Batmana Młodszego?
Marta zamrugała szybko oczami.
- Gdzie jadę? - pytanie wydało jej się najwłaściwszą reakcją. - I po co?
Klara, przysłuchująca się tej wymianie zdań westchnęła teatralnie.
- Patryk, mnie zapytaj - powiedziała z czarującym uśmiechem. - Marta chyba nie wie, o co pytasz.
- Marta jedzie? - Patryk posłusznie zwrócił się z pytaniem do Klary, która natychmiast przestała się uśmiechać. - Wiesz coś?
- Coś tam wiem - burknęła - ale miałeś spytać, czy ja jadę.
- Kiedy wiem, że ty nie jedziesz - zdziwił się wuefista - Dyro mówił, że masz dyżur w świetlicy i zostajesz z tymi, którzy nie jadą. To po co mam pytać?




- Sorze, można sora na chwilę? - głos zza drzwi najpierw wybrzmiał, a potem dopiero ujawnił swoje źródło. Przez szparę w drzwiach zajrzała potargana głowa Batmana Starszego, czyli Gacka z II c. - Sorze, bo ten ... sprawa jest.
- A ty Gacek w prokuraturze pracujesz? - usiłował zażartować wywołany do tablicy Patryk Roztworowski - tam się rozmawia  o sprawach.
Uczeń zachichotał.
- Nie, no bo sorze, sor sam zobaczy, sor wyjdzie na chwilę do nas, tutaj.
- A to was jest więcej? - zdziwił się Patryk i ruszył w stronę drzwi - jakaś delegacja?
Przed pokojem nauczycielskim stało kilku uczniów z II c, czyli z klasy Batmana, a z daleka przyglądała się im grupka przypadkowych świadków. 
- O co chodzi, chłopcy? Obiad jedliście? Zaraz dzwonek, zdążycie?
- Jedliśmy, sorze - odpowiedź zabrzmiała niemal chórem - my do sora z prośbą.
- Bo ten, bo ta wycieczka... - zabrał głos Gacek - można się jeszcze zapisać? 
- O! - ucieszył się Patryk - namyśliliście się? A co to się stało?
- Bo, ehm... - odchrząknął Batman - bo z tymi, co nie jadą, zostaje Te...znaczy się, sorka Wińska. A jak ona zostaje, to na bank zrobi angielski. A jak tak, to my wolimy wycieczkę.





Życie nie stoi w miejscu...

  Płomień maleńkiej świecy rozpalał się coraz bardziej. Z początku nieśmiało, a potem coraz odważniej wspinał się po jedwabnym sznureczku, o...