niedziela, 28 kwietnia 2019

Wędrowny Anioł (XVIII)


Wiesz, jak trudno jest zaufać?
Powiedzieć „Amen” w ciemno, bez planowania, bez rozważania, bez kalkulacji, czy mi się to opłaci? Od tego jednego „amen” zależy twoja wieczność! Wiesz o tym, ale mimo to – jest to dla Ciebie trudne. A wiesz, dlaczego?
- Powiedz. – ze zdziwieniem usłyszałam swój głos, który szeptał, jakby nie chcąc przerywać milczącego brzasku poranka.


Wędrowny wyprostował się i uniósł rękę, wskazując kierunek na wprost.
- Co widzisz?
Przede mną była tylko ścieżka. Wydeptana przez miliony kroków i tysiące stóp, wyraźnie odcinająca się od coraz ciemniejszej o tej porze roku zieleni, która nie zwiastowała już wiosny, ale wyraźnie ją – przystrajała. Ścieżka biegła prosto, czasem tylko nieznacznie zbaczając na boki.
Wędrowny uniósł wzrok ku niebu, jakby szukał odpowiednich słów.
- Taką ścieżyną można iść tylko samemu. Jest za wąska, żeby pomieścić dwie pary stóp obok siebie. Można iść gęsiego, ale wtedy albo będzie się słyszeć kroki za sobą, albo będzie się widziało czyjeś plecy. Zobacz! – wskazał palcem na kobietę, która podążała tą dróżką, niosąc na rękach swoje dziecko. Mały chłopiec śmiał się radośnie, dotykając rączkami twarzy swojej matki. 


To musiała być matka. Nikt inny nie przemawia tak do dziecka i nikt nie patrzy na nie z taką czułością. Stanęłam z boku, żeby mogła swobodnie przejśc obok. Kiedy mnie mijała, uśmiechnęła się z wdzięcznością i powiedziała:
- Dziękujemy! Nie zmieścilibyśmy się wszyscy na tej ścieżce, jesteśmy duzi!
Chłopiec pomachał do mnie rączką i zaraz wtulił się w ramię kobiety, wstydliwie chowając przede mną buzię.
- Można iść tylko samemu – pokiwał głową Wędrowny i podjął przerwaną chwilę temu myśl – chyba że jesteś niesiona na rękach. Pamiętasz? Mówiłem o tym ostatnio: jeden ślad na piasku to stopy Pana, nie Twoje. Pomodlimy się razem, chcesz?
O Twoje „amen”. O „bądź wola Twoja”.



piątek, 19 kwietnia 2019

Ostatnie Cztery Dni


Czwartek - ciemnica.
Piątek - grób.
Sobota - najpierw koszyczek, a potem ognisko na zewnątrz kościoła.
Niedziela - msza wcześniej niż zwykle.

A potem można w końcu usiąść przed telewizorem, włączyć serial i cieszyć się zasłużonym odpoczynkiem. 

Pytanie nr 1: Zasłużonym? 
Pytanie nr 2: Cieszyć się?

Bóg, który ocalił nasze życie, który każdego dnia budzi dla nas słońce; Ten sam, który dał swojego Syna, swoje Ukochane Dziecko za nas, chociaż to myśmy byli wszystkiemu winni - On jest Bogiem Miłości, Miłosierdzia, Pokoju i Życia. Mojego i Twojego. Bez względu na to, czy nam się to podoba czy nie.
Czy czwartek - to tylko ciemnica, jakiś opuszczony kąt w kościele i jedna, pojedyncza świeca? 
To o wiele więcej. To straszliwe opuszczenie Chrystusa, to Jego samotność i potworne osamotnienie, to Jego ofiara i ból Ogrójca; to umycie nóg tym, którzy nie mają pojęcia, o co chodzi. To Jezusowe: "Módlcie się i czuwajcie"... 




Piątek - to nie tylko grób. To świadectwo, że On naprawdę umarł za nas. To ból Krzyża, łzy Matki i kości rzucane o szatę Jezusa. To złorzeczenie łotra i zniecierpliwienie żołdaków, którzy chcieliby mieć już wolne, dlatego łamią skazańcom golenie. To śmierć Tego, który żyje na wieki. Już wierzysz?



Sobota - Cisza. Milczenie. Czas, który stoi w miejscu. Wieczór nie chce nadejść, a w sercu zaczyna pojawiać się przeczucie, że to, co było w piątek, nie może być końcem. Czekasz. Może nawet zaczynasz się modlić. Jeszcze bez przekonania, jeszcze ukradkiem, ale - zaczynasz widzieć, że to nie chodzi o to ognisko, nie chodzi o to, żeby zrobić hałas dzwonkami. Tu chodzi o coś więcej. Chodzi o Życie, o Jezusa, Który jest Życiem. O to, żebyś w końcu uklęknął i zobaczył, że Bóg to nie mrzonka i nie ludzki wymysł; żebyś odważył się podnieść wzrok i spojrzeć na grób, który - choć zasunięty piekielnie ciężkim kamieniem, zostanie pusty i sam będziesz mógł to zobaczyć.
Pozwól sobie usłyszeć Boga.

Wtedy nie będziesz mógł doczekać się niedzielnego poranka i będziesz biegł jakbyś leciał na skrzydłach, żeby się rozpłakać z radości przy pustym Grobie.



Życzę Ci tego; żebyś poczuł ból, jaki zniósł dla Ciebie Twój Bóg, żebyś się zadziwił ciszą oczekiwania; życzę Ci łez radości, kiedy usłyszysz: "Nie ma Go tu, zmartwychwstał".
I życzę Ci, żeby już nigdy żaden Wielki Post, żadne Triduum Paschalne i żadna Wielkanoc nie była jedynie kolejnymi świętami. Niech każde będą wyjątkowe.

wtorek, 16 kwietnia 2019

Wędrowny Anioł (XVII)


- Wierzysz w Boga?
Pytanie, jakie usłyszałam tego poranka było, jak mi się wydawało, retoryczne. Nie wiedziałam, czemu mi je zadał. Odpowiedź była tak oczywista, że nawet nie zamierzałam jej udzielać. On nie ustępował.
-Wierzysz?
- Przecież wiesz, że tak.
- A wierzysz Bogu?
Nie biernik, a celownik.
Wędrowny przysiadł obok mnie i zapatrzył się w okno, a ja odsunęłam krzesło od biurka i spojrzałam na krzyż, umieszczony na ścianie mojego pokoju. 


Najbardziej dynamiczna rzeczywistość, jaką kiedykolwiek spotkałam, a jednocześnie – najbardziej stała i niezmienna.
Pytanie Wędrownego o wiarę przypomniało mi o mojej codziennej modlitwie, o moich prośbach i o łzach, na które mógł patrzeć tylko Chrystus na krzyżu.  Czy ja wierzę Bogu?
Rozkołysany porywistym wiatrem czubek rosnącej nieopodal jodły strząsnął z siebie szyszkę, która z impetem uderzyła w okno  mojego pokoju. Drgnęłam zaskoczona tym nagłym i niespodziewanym odgłosem.
Czy wierzę?
Promień słońca zamrugał porozumiewawczo zza chmury, po czym, niby bawiąc się w chowanego, znów się skrył za obłokiem w kolorze blado-buro-szarym, rozświetlając go jakby od środka tysiącem odcieni.


Wiem, że Bóg jest i że czuwa. Że Jest zawsze. Jest – to Jego Przedwieczna Istota i Jego Imię. Wiem, że nigdy nie zasypia. I że nigdy nie spuszcza nas z oka. Nigdy się nie niecierpliwi, zawsze kocha, nieustannie błogosławi i wysłuchuje wszystkiego, co tylko chcemy mu powiedzieć.
Wiem.
Czy wierzę?
Wędrowny dotknął mojego ramienia. Modlił się. Sięgnęłam po różaniec.



poniedziałek, 8 kwietnia 2019

Wędrowny Anioł (XVI)

- Zawsze będzie za mało słów. I zawsze będzie ich za dużo.
Nigdy nie widziałam go tak poruszonego. Owszem, czasem bywał niespokojny, ale nigdy nie było w nim aż tyle gniewu. Czy Wędrowny wiedział, czym jest gniew?
- Zawsze będzie za mało słów. Przebaczenia przede wszystkim. Ale też zrozumienia, zgody i przyznania się do błędu. Ludzie będą odwracać głowę i będą udawać, że ich nie zauważają i że nie widzą, jak bardzo takich słów potrzeba. I że ich to nie dotyczy. Zamiast tego będą zajmować się sobą, będą zapatrzeni w siebie, będą się skupiać na tym, co im się opłaca, a co jest z ich punktu widzenia nieopłacalne, i nie będą pytać, czy na pewno mają rację. Oni będą pewni. Myślą, że zawsze ją mają.



- Ludzie tacy są... - próbowałam tłumaczyć, ale Wędrowny położył palec na swoich ustach. Smutnym spojrzeniem powiódł po zachmurzonym dzisiaj i nieprzejrzystym niebie. Wiedział, że za chmurami nadal świeci słońce, które wciąż daje ciepło i światło, ale zimna, szarostalowa zasłona nie pozwala nam tego zobaczyć.




Wędrowny modlił się jeszcze mocniej, choć wiem, że zawsze wkładał w swoją modlitwę całego siebie. Zaciskał powieki z całych sił, jakby ten wysiłek miał rozjaśnić niebo i przegonić chmury. 
Podłuższej chwili otworzył oczy i popatrzył na mnie smutno.
- Zawsze będzie za dużo słów. Zawsze ktoś powie o jedno słowo za dużo, ktoś inny nie będzie chciał pozostać dłużny… Słowa będą plątać się pod nogami, będą wyglądać z każdego kąta, będą się ujawniać w najmniej odpowiednim momencie. Człowiek nie będą ich szanować, będzie nimi szastać na prawo i lewo, będzie je rzucać na wiatr i nie będzie pamiętać, co powiedział przed chwilą.


Zerwał się deszcz.
Nabrzmiałe, ciężkie krople uderzały w parapet, robiąc dużo hałasu, a potem cicho i bezwolnie spływały na ziemię, rozlewając się po twardej nawierzchni betonowych płyt chodnika. Woda rozpaczliwie szukała drogi wyjścia, miotając się to tu, to tam. Wyglądało to jak miniaturowa powódź, która zalewa wszystko, co spotka na swojej drodze i wszystko to – niszczy.
Wędrowny wciąż się modlił.


środa, 3 kwietnia 2019

Wędrowny Anioł (XV)


Wiedziałam, że nie lubi, jak się mu przerywa modlitwę. Był tak z nią zjednoczony, że stanowił jedno i nie można było znaleźć żadnej rysy w tej jedności z Jego wiarą, zaufaniem i zawierzeniem. Modlił się zawsze. Każdym gestem, słowem, spojrzeniem. Był modlitwą.


Wiedziałam o tym wszystkim, ale w tamtym momencie nie umiałam się powstrzymać. Za dużo się stało, zbyt wiele było niewiadomych, było za ciemno i za daleko. Odezwałam się cicho, ale te trzy słowa zabrzmiały jak trzaśnięcie drzwiami.
- I co teraz?
Wędrowny nie oderwał oczu od nieba, tylko popatrzył na nie z jeszcze większą nadzieją.
- Nie wiem. Musisz czekać. Modlić się i czekać. Odpowiedź przyjdzie. Zawsze przychodzi, ale czasem trzeba czekać odrobinę zbyt długo. Pamiętasz? – uśmiechnął się, jak na wspomnienie jakichś miłych zdarzeń – Pan czasem przychodzi kwadrans za późno, ale zawsze zdąży na czas.


Spoważniał i odwrócił się w moją stronę.
- Wiesz, czasem tak po prostu jest. Nie możemy nic zrobić, nic zmienić, na nic i na nikogo wpłynąć. Czasem jesteśmy bezradni.
- Ale ja tak nie chcę!
Pierwszy raz od czasu, kiedy poznałam Wędrownego, powiedziałam coś głośniej niż zwykle.
Nie złościł się. Ledwo dostrzegalnym ruchem skrzydeł studził moje rozpalone emocjami czoło, a przymknięte powieki niosły ze sobą ciszę, mądrość oczekiwania i przedziwną pewność, że wszystko będzie dobrze.


Nie odpowiedział od razu. Pochylił głowę, jakby szukał odpowiednich słów, a potem wyszeptał:
- Nie zmienisz wszystkiego, co wydaje Ci się niewłaściwe, niemądre, nie-twoje i niemodne. Są rzeczy, które musisz przyjąć takie, jakie są, bo one nie zależą od Ciebie. Nie dlatego, że ktoś uznał, że nie dasz rady, ale dlatego, że to nie Ty masz takie zadanie. Twoim zadaniem jest czekać, trwać i ufać, że Bóg nie pozwoli, aby stało Ci się coś złego, bo jesteś Jego ukochanym dzieckiem. Przypomnij sobie – Jego głos był łagodny i melodyjny – „Aniołom swoim rozkazał o tobie, aby cię strzegli na wszystkich twoich ścieżkach”. Ufaj i trwaj.
- Aniołom? Posłał Ciebie?
Uśmiechnął się.
- Ja jestem tutaj dlatego, że On tego chce. Z Jego Woli, nie ze swojej. Wszystko jest dobrze wtedy, gdy jest tak jak On chce. Ja to wiem.
Zaufaj, proszę. W Jego Rękach jesteś bezpieczna.
Poczułam Jego dłoń na moim policzku. Zamknęłam oczy.

sobota, 30 marca 2019

Wędrowny Anioł (XIV)




- Upadłych było mniej.
Spojrzałam zdziwiona. Wędrowny patrzył w niebo, a jego usta poruszały się w ledwo widocznej, niemej modlitwie. Powoli odwrócił do mnie głowę.
- Dużo więcej walczy z tobą, jeśli tego chcesz, niż próbuje ci przeszkodzić. Jestem tego pewien.
Od jakiegoś czasu milczał. Kilka razy próbowałam zachęcić go do rozmowy, gestem, słowem, spojrzeniem. Milczał i patrzył w niebo. Chmury były dla niego nieustannym źródłem inspiracji i zachwytu. Wpatrywał się w górę tak intensywnie, jakby prowadził dialog z czymś niewidzialnym, zawieszonym nad domem, przez okno którego wyglądał. Kiedy było ciepło, czasem znajdowałam Go na balkonie, opartego o zakurzoną balustradę, z oczami utkwionymi w błękit nieboskłonu.


To jedno zdanie, które powiedział, przypomniało mi o moich rozterkach, jakie od jakiegoś czasu zaprzątały mój umysł. Skąd wiedział?
Odnosiłam wrażenie, że słyszał każdą moją myśl i czuł każde drgnienie serca, gotowy na każde moje zawołanie, choć doskonale odróżniał wołanie o pomoc od zwykłej zachcianki. Zawsze reagował. Nigdy nie pozostawał bierny. Ale czasem kazał czekać. Tyle, ile było trzeba i ani chwili dłużej. Nigdy nie zawodził. Uczył, jak mądrze czekać.


Pokazywał, że za każdym wzniesieniem jest dolina, a za każdym lasem - polana, na której można odpocząć, wypić łyk wody i odszukać w sobie wolę walki i wytrwania, która przed trudy wędrówki mogła się nieco wystrzępić.
- Upadłych było mniej - powtórzył, a dźwięk jego słów wzbił się w powietrze niczym złocące się w słońcu drobinki kurzu - pamiętaj o tym. Zawsze jesteś w dobrych rękach. Te ręce nigdy nie dopuszczą, żeby stało Ci się coś złego. Tylko módl się i ufaj.


wtorek, 26 marca 2019

Wędrowny Anioł (XIII)

- Lubię wracać.
To jedno krótkie zdanie spowodowało, że spojrzałam na Niego z zainteresowaniem. Zauważył to. Uśmiechnął się z pobłażliwością, jak się uśmiecha na widok dziecka, które rozgląda się na wszystkie strony i zadaje mnóstwo pytań, nie czekając na odpowiedź.


- Wraca się tam, gdzie jest dobrze. I tam, gdzie jest dom, gdzie są bliscy. Tam, gdzie jest ciepło, nawet jak jest awaria ogrzewania - pozwolił sobie na delikatny żart.

Ostatnio taki był.
Częściej się uśmiechał, czasem powiedział jakiś subtelny żart, od którego robiło się jeszcze sympatyczniej, choć sama jego obecność zawsze była odświętna i radosna.
Częściej też się odzywał, ale zawsze nigdy nie pozwalał, aby zbyt wiele słów przesłoniło to, co można było dostrzec i zauważyć tylko w ciszy.






Lekko i delikatnie zatoczył dookoła dłonią.
- Zobacz. Wiosna przychodzi powoli i bez fajerwerków, ale przychodzi. Krokusy, śnieg już tylko w wyższych partiach gór. Czujesz ten zapach?
W powietrzu było coś takiego, czego nie umiałam nazwać. Jak jakaś tajemnica, nieznana ale budząca ciekawość i intrygująca. 

Wędrowny dotknął mojego ramienia i wzrokiem wskazał, gdzie należy spojrzeć. Na niebie rysowało się kilka białych ścieżek przelatujących samolotów. Dwie z nich zbliżały się do siebie, ale ostatecznie się nie spotkały i każda z nich zostawiała swój ślad, jedna niżej, droga wyżej.



- Zobacz. Nie zawsze spotkania w pół drogi wychodzą nam na dobre. Czasem trzeba ustąpić i zejść ze ścieżki, którą wędruje ktoś inny. 
Oboje w milczeniu obserwowaliśmy niebo, naznaczone śladami ścieżek i dróg, które na szczęście się nie spotkały. Kiedy nasyciliśmy nasze oczy, Wędrowny powtórzył:
- Lubię wracać. Powroty są potrzebne, żeby docenić to, czego na co dzień się nie dostrzega.







środa, 13 marca 2019

Wytrzymać


A co zrobić, jak ktoś łamie dane słowo i obietnicę, i nic sobie nie robi z zamieszania, jakie swoją niefrasobliwością spowodował?
Co można, kiedy nagle się okazuje, że wszystko było już ułożone, umówione, pewne i oswojone, a potem w mgnieniu oka staje się obce, nieswoje, niepewne i niemożliwe, i nieosiągalne?


Co wtedy wolno? Co wypada? Co będzie na miejscu?
Tamten plan nie miał słabych stron. Był mocny, konkretny, mądry i solidny. Wszystko musiało się udać. Każdy był odpowiedzialny za jakiś mały urywek, które zebrane w jedno tworzyły nierozerwalną całość. To nie mogło się nie udać.


A jednak.
Jeden człowiek. Jeden mały element. Jedno małe zawahanie. Jedna chwila.
I już.
Złościć się? Płakać i krzyczeć? Tupać ze złości?

Wszystko na nic.
Zacisnąć zęby.
Wytrzymać.
Zacisnąć kciuki. Na różańcu.



niedziela, 10 marca 2019

Wędrowny Anioł (XII)

- Zobacz, ciepło się robi. Chyba idzie wiosna, jak myślisz? - mój Wędrowny jak zwykle nie bawił się we wstępy i budowanie napięcia. Mówił lekko i swobodnie, jakby chciał słowami rozjaśnić nieco zaciągnięte chmurami niebo i zachęcić słońce, aby wyjrzało i choć przez chwilę ogrzało jeszcze zziębniętą ziemię.




Nie odrywał wzroku od nieba, oczekując na promienie niosące ciepło i światło, ale jednocześnie rozglądał się po całej, widocznej z okna mojego pokoju, okolicy. Zapatrzenie Wędrownego Anioła było jak magnes, który przyciąga, i jak lustro, w którym odbija się tylko to, co dobre i piękne. 
Mimo zachmurzonego nieba było naprawdę pięknie. Wiatr muskał gałązki drzew, które odwdzięczały się za tą pieszczotę tańcem mieniących się wszystkimi kolorami tęczy kropelek deszczu, który dopiero co przestał padać.



W ogródku u sąsiadki widać było już kwitnące krokusy, które przekornie wychyliły żółte kwiatki, ciekawie rozglądając się wokół, nie zwracając na śnieg, który - kusą już nieco sukienką - próbował je przykryć i schować przed oczyma tych, którzy coraz niecierpliwiej wypatrywali wiosny i coraz bardziej tęsknili za wszechobecną zielenią.



Na drzewach nieśmiało zaczęły się pojawiać pierwsze pączki listków, na widok których Wędrowny uśmiechnął się szeroko, a jego usta poruszyły się bezgłośnie, szepcząc niesłyszalną ludzkim uchem modlitwę. 
Dziękował za życie, za wiosnę, za piękno, a słońce, którego promienie prześwitywały przez gałęzie drzew, dołączyło do tego dziękczynienia, poruszając tym całe niebo.




piątek, 22 lutego 2019

Wystarczy iskra


Zaczyna się od małej rzeczy. To może być coś bez znaczenia, jakiś gest, słowo, spojrzenie. Albo kiepska pogoda. Albo autobus, który się spóźnia akurat teraz, kiedy tak bardzo trzeba być punktualnie, bo w końcu może by się udało coś, z czymś, z kimś, jakoś. Ale nie, jakby się sprzysięgło wszystko przeciw i jakby się było samemu po tej stronie barykady.

Odpuścić. Dać sobie spokój. Nie wychodzić z domu. Byle jak jeść, byle co oglądać. Lampka wina wieczorem do serialu. Kieliszek  wódki rano na lepszy nastrój.

Wystarczy iskra.

Znamy takich? Co to cały dzień przechodzą w dresach i kapciach po domu, nie wychodząc z mieszkania nawet po zakupy? Nie, bo nie mogą. Nie chce im się. Po prostu. Pewnie, że znamy.

Długo pozornie nie dzieje się nic. Każdy dzień taki sam. Jest cicho, spokojnie, pogodnie, błogo. I pewnego dnia – to się kończy. Jest bunt, jest gniew, tupanie nogą, głośne wyrzuty, że czemu, za co, dlaczego ja…

Winę zawsze ponosi ktoś inny. A w zasadzie – Ktoś. Skoro taki wszechmogący i wie o wszystkim, to czemu nic z tym nie zrobił? Czemu pozwolił, żeby tak się stało? I – czemu nie reaguje?

„Udowodnij, że ci na mnie zależy”.


Serce człowieka jest nieodgadnione. Buntuje się, obraża i zacina w sobie; nie słucha żadnych argumentów, bo woli trwać w tym, co sobie samo zbudowało i ani mu się śni pokazać, że może się myliło.

A jak było ze św. Pawłem? Jako Szaweł dyszał zemstą i rządzą zabijania, jako Paweł – napisał najpiękniejszy hymn o największej z cnót. Czyli – można.

Naprawdę – wystarczy iskra. Minimum. Jakieś mało coś, co się zajmie od tej iskry i zapłonie, i ogrzeje, i rozpali…

Tylko – czemu nam się tak nie chce uczyć…


(tekst ukazał się także na łamach portalu W Rodzinie.pl (http://wrodzinie.pl/wystarczy-iskra/

niedziela, 17 lutego 2019

***




- Nie będziesz mi mówić, jak mam żyć i co mam robić! 
Jego głos był jak brzytwa, która przy najmniejszym dotyku kaleczy i jak bicz, który z głośnym świstem przecina nabrzmiałe od upału powietrze.
Dyszał ciężko, z trudem łapiąc oddech nierównymi, łapczywymi haustami powietrza, jak gdyby każdy z nich  miał być ostatnim. W jego spojrzeniu było tyle samo lęku co niechęci, a jego dłonie, zaciśnięte w pięści, zniechęcały do jakichkolwiek słów czy gestów pojednania.



- I nie wyobrażaj sobie, nie poproszę cię o pomóc. - W jego głosie było słychać szyderstwo i kpinę. - Nie jesteś wszechmocny. Nie wierzę, że możesz wszystko, a nawet jeśli, to i tak to nie wystarczy. Wydawało ci się, że nikt nie będzie na tyle odważny, żeby Ci się przeciwstawić? No, to masz zagadkę. - Gniew zaczynał górować na głosem, wydobywającym się z zaciśniętego gardła człowieka. - I zapamiętaj, sam sobie poradzę. Nie będę jak tamci, którzy przychodzili jak psy z podkulonym ogonem i skamlali o choć ułamek twojego wybaczenia czy uwagi. Ja nie przyjdę. Nie wierzę w twoje magiczne SIEDEMDZIESIĄT SIEDEM ani NADSTAW DRUGI POLICZEK. Nie wierzę, słyszysz? 



Ostatnie słowa wyrwały się z jego wnętrza i zawirowały w powietrzu, uderzając z głuchym łoskotem w szyby, które zabrzęczały pod ich naporem. 

Zamilkł, choć miał jeszcze w sobie, jak mu się wydawało, nieskończoną ilość słów, które nieznośnie uwierały i przygniatały, nie pozwalając mu swobodnie oddychać i myśleć.

Jeszcze ciężko oddychał, ale już jakby lżej.
Z każdą chwilą czuł, jak - wbrew sobie i mimo stawianego oporu - robi się coraz słabszy i coraz mniej pewny siebie. Już nie czuł gniewu ani złości, jedynie ból i bezsilność, które dotykały jego serca, duszy i umysłu, przytępiając wszystko inne i sprawiając, że w jego oczach pojawiły się łzy. 



Dlaczego serce tak boli...

Życie nie stoi w miejscu...

  Płomień maleńkiej świecy rozpalał się coraz bardziej. Z początku nieśmiało, a potem coraz odważniej wspinał się po jedwabnym sznureczku, o...