piątek, 19 lipca 2019

Wędrowny Anioł (XXIII)

Musiałam podjąć decyzję. Zbyt długo zwlekałam, przez co sprawa wydawała się coraz bardziej nie do uniesienia. Coraz częściej chodziłam zamyślona i smutna, bywałam przygnębiona i nieobecna. Wydawało mi się, że cokolwiek nie postanowię, będzie to niemożliwe i nierealne.


Nie dało się tego nie zauważyć.
Wędrowny wiedział o wszystkim. Nie rozmawialiśmy, ale czytał w moich myślach, czuł moje serce i znał moje rozterki. Wiedziałam, że wie, ale wydawało mi się, że to nie ma żadnego znaczenia.
Długo czekał, ale w końcu odezwał się pierwszy.
- To nie jest trudne.
Spojrzałam na niego bez entuzjazmu. Był jak zawsze spokojny, wyciszony, serdeczny.
Mówił:
- Na początku zawsze wszystko się wydaje większe, nie do przejścia i niemożliwe. Ale trzeba na to popatrzeć na spokojnie. Usiąść i rozważyć. Przemyśleć. Przemodlić. Odważyć się poprosić o pomoc. Rozmawiać.


Módl się o odpowiednie słowa. O dobre rozeznanie i mądrą decyzję. Pan przychodzi ze swoją łaską i udziela swojego światła tym, którzy proszą. Nigdy się nie męczy dawaniem. I Zawsze ma więcej niż rozdał.

To nie jest trudne.
Te słowa były jak echo, odbite po wielekroć i powracające, ale w przeciwieństwie do echa - brzmiały coraz mocniej i pewniej. Wszystkie za i przeciw powoli stawały się jasne. Wędrowny z przymkniętymi powiekami stał w oknie, przesuwając w palcach ziarenka różańca.




czwartek, 4 lipca 2019

***(2)


Ta historia pojawiła się jakiś czas temu. Splata się powoli, ale stale.
W międzyczasie Małgorzata stała się Magdą, choć to akurat nie będzie miało jakiegoś większego znaczenia.
W każdym razie - zapraszam. Odsłona druga :)

***
Wreszcie koniec. Gorąco, lato, upał jak na Saharze, ale władze uczelni jakby tego nie zauważały. Właśnie na ostatni – oficjalnie – dzień pracy w roku akademickim zaplanowano rady wydziału, więc było wiadomo, że nawet nie ma co marzyć o wcześniejszym powrocie do domu.
Ale teraz tylko jeszcze umyć kubek po czwartej kawie, oddać klucze panu Zenkowi na portierni i można zapomnieć o studentach (jeśli pozwolą o sobie zapomnieć), o uczelni, wykładach, materiałach i badaniach naukowych. Bardzo tego czasu zapomnienia potrzebowała.
- Już pani idzie? – pan Zenek jak zawsze uśmiechnięty, wyciągnął rękę po klucz – nie będzie pani nas brakować?
- Już mi brakuje, panie Zenku – zażartowała Magda – ale postanowiłam dać wam od siebie odpocząć.
- Ja tam wcale nie czuję się zmęczony, pani Magdo. Jeszcze na kawę mrożoną bym panią mógł zaprosić i na lody, i na spacer – rozmarzył się mężczyzna.
Magda przystanęła.
- Ja chętnie, ale co na to pani Zosia, pana żona?
Pan Zenek machnął ręką.
- Pojechała do rodziców; ojciec, znaczy mój teść złamał nogę i Zośka pomaga matce, znaczy mojej teściowej, bo sama nie daje rady. Duże gospodarstwo u nich, to i robić zawsze jest co.
- To niech pan do niej jedzie, pomoże, a wieczorem pan ją zaprosi na lody i mrożoną kawę. Ucieszy się.
Pan Zenek spojrzał podejrzliwie na Magdę, ale nie dostrzegł niczego niepokojącego. Roześmiał się zatem i pojednawczo pokiwał głową.
- Ma pani rację, może i tak trzeba będzie zrobić. Wiedziałem, że nie da się pani skusić. A, bo zapomniałbym. Był tu taki jeden i pytał o panią. Bo podobno pani mu samochód zastawiła. Powiedziałem, że ma poczekać, bo pani zajęta i teraz nie wyjdzie. Na parkingu miał być. Jakąś godzinę temu pytał.


- Przepraszam, bardzo przepraszam. Już odjeżdżam. Długo pan czeka? – Magda wyrzucała te słowa do stojącego obok jej seicento wysokiego bruneta i modliła się w duchu, żeby nie zrobił jej awantury. Mężczyzna stał i przyglądał się jej, jak mocuje się z kluczykiem, jak przytrzaskuje sobie sukienkę drzwiami i nie odzywał się ani słowem. Nie był w stanie wejść jej w słowo, bo Magda nie przestawała go przepraszać i się tłumaczyć. W końcu się zniecierpliwił.
- Niechże pani już przestanie, wystarczyło to wszystko powiedzieć tylko raz.
Magda skuliła się.
- Przepraszam.
- Zapraszam panią na kawę. Moja trzecia, ale trudno, może dam radę.
- Jak to?
- Zwyczajnie. Do kawiarni, tu niedaleko. Należy mi się jakieś zadośćuczynienie za ten pani słowotok, prawda? – mężczyzna był stanowczy, ale uprzejmy. – Proszę tylko przeparkować samochód i stanąć obok mojego, i idziemy. To co, zgoda? – wyciągnął rękę do kobiety. Magda ruszyła w jego stronę i zahaczając ręką o auto, wysypała na chodnik całą zawartość trzymanej w ręku torebki. Chciała się zapaść pod ziemię ze wstydu i zniknąć temu człowiekowi z oczu; niestety, wciąż tu była i nic nie wskazywało na to, żeby miało się coś zmienić. Przełknąwszy kolejne „przepraszam” schyliła się, aby pozbierać z ziemi cztery długopisy, trzy notatniki, dwa telefony komórkowe, małe lusterko, pilniczek, pęsetę, szminkę, dwa opakowania gumy do żucia, cztery skasowane bilety miejskie, garść ulotek i dwie paczki chusteczek higienicznych. Wrzuciła to wszystko bezceremonialnie do torebki, wstała i otrzepała dłonie jedną o drugą. Mężczyzna stał nieruchomo i patrzył na nią szeroko otwartymi oczami.
Magda zaniepokoiła się.
- Stało się coś?
- Nnie, nie, nic – wykrztusił – ale jeśli wszystkie kobiety w ten sposób podporządkowują sobie świat, jak pani poradziła sobie z torebką, to ja już wiem, dlaczego tylu mężczyzn na świecie jest samotnych.
- A pan jest samotny? – szybciej powiedziała niż pomyślała Magda i ugryzła się w język – nie chciałabym być opatrznie zrozumiana – próbowała się wytłumaczyć, ale widziała, że mężczyzna zaczyna się delikatnie uśmiechać, więc dodała – Zresztą, co mi tam – wyciągnęła rękę przed siebie – Magda jestem.
- Paweł – przedstawił się nieznajomy – chodźmy na tą kawę, ustalimy, jak to jest z tą samotnością i czy da się z tym coś zrobić.
Kawiarnia była przytulna. Należałoby powiedzieć – kawiarenka, bo zaledwie kilka stolików, nieduży bar, dwa niewielkie okna – to nieco za mało, aby lokal mógł być kawiarnią. Był gustownie urządzony, jak natychmiast zauważyła Magda, i widać było, że ktoś zadbał o to miejsce z wyjątkowym wyczuciem i smakiem. Żadnej tandety na ścianach ani plastikowych kwiatków na stolikach. Zamiast tego – dyskretne dekoracje, w pomysłowy sposób połączone z widoczkami przedstawiającymi różne zakątki Starego Miasta, przyciszona muzyka, sącząca z głośników, ukrytych w gęstwinie kwiatów i miły dla ucha szmer przyjaznych rozmów, bo mimo wczesnego popołudnia wolny był tylko jeden stolik pod oknem.
- Oczywiście, czarna bez cukru? – zapytał Paweł, wskazując ręką na wyeksponowane na ścianie menu – do tego proponuję szarlotkę z lodami. Co ty na to?
Magda już miała zaprotestować, że tylko kawa, ona wypije i zaraz idzie, przecież nie ma czasu, ale w porę sobie przypomniała, że właśnie zaczęły się wakacje, a ona jest bardzo zmęczona. Kiwnęła tylko mało elegancko głową i posłała Pawłowi swój najpiękniejszy uśmiech, a potem skierowała się w stronę miękkiego fotela przy stoliku obok okna.

wtorek, 18 czerwca 2019

Wędrowny Anioł (XXII)

Ta myśl przyszła nagle. Kiełkowała pewnie od jakiegoś czasu i wzrastała, nie niepokojona niczyim spojrzeniem ani obecnością, ale w moim umyśle pojawiła się jakby znikąd, nagle, bez uprzedzenia i od razu sprawiła, że serce natychmiast przyspieszyło kroku.
Moje ręce są puste.


Napełniane od chwili, gdy zaczęłam świadomie używać rozumu, w jednej chwili wydały mi się przeraźliwie puste i całkiem bezużyteczne.
Miotała się we mnie ta pustka, powodując poruszenie duszy i serca, wprowadzając zamieszanie w nieco już uporządkowanym świecie moich pragnień i powodując, że poczułam się jak mała dziewczynka w ogromnym, gęstym, ciemnym lesie. 



Wędrowny przypatrywał mi się w milczeniu, delikatnie chłodząc rozgrzane upałem powietrze ledwo widocznym ruchem skrzydeł. Spod przymkniętych powiek widać było źrenice jego oczu, w pięknym, intensywnym, błękitnym kolorze. Patrzył na mnie, ale jakby - przeze mnie; czytał w moim sercu, w moich myślach; dotykał swoim spojrzeniem moich pragnień i wyobrażeń. 
- Jeszcze tego nie rozumiesz?
Spojrzałam na niego. Uśmiechał się delikatnie, życzliwie, bez cienia wyższości. Prawą dłonią dotknął mojego serca, a lewą położył na moim ramieniu. 
- Co masz, czego byś nie otrzymał? 


Pozwolił, żeby te słowa odbiły się echem w moim wnętrzu i dotknęły mojego serca, a potem dodał:
- Czemu chcesz dawać dary, które otrzymujesz - tak, jakby były one twoją zasługą?
Wiedziałam, że nie czeka na odpowiedź.
- Twoje ręce są puste, bo tylko Dawca Darów może je napełnić. Jeszcze tego nie wiesz?
Przynieś puste ręce przed ołtarz i złóż je tam w ofierze, a Pan napełni je darami.
Pan ma więcej niż rozdał. Nigdy o tym nie zapominaj.



środa, 5 czerwca 2019

Wędrowny Anioł (XXI)

Znów mnie zaskoczył.
Usłyszałam łopot skrzydeł tuż za oknem i zobaczyłam, że unosi się niesiony falami drgającego od upału powietrza. Kiedy wszystkie stworzenia chowały się przed słońcem, szukając choć skrawka cienia, On bujał się radośnie i wystawiał ku słońcu twarz, która jeszcze bardziej promieniała i rozświetlała i tak bardzo jasny dzień.

- Dlaczego nie patrzysz na Słońce? - zapytał i uniósł rękę. Myślałam, że wskaże mi ognistą kulę nad jego głową, a on pokazał mi wieżę nieodległego kościoła.
- Jego pragnieniem jest przebywać z tobą twarzą w twarz, patrzeć na ciebie i cieszyć się twoją obecnością.
Znów mnie zaskoczył.
PIerwsza wzmianka o słońcu spowodowała, że odruchowo zmrużyłam oczy i zasłoniłam dłonią twarz. 



Dotknął mojego ramienia.
- Nie bój się. To płomień, który nie parzy, ogień, który nie niszczy i światło, które nie oślepia.
To raczej Płomień który ogrzewa, Ogień, który rozpala i Światło, które wskazują właściwą drogą. Tę, która prowadzi do Domu.



sobota, 1 czerwca 2019

***


Była podekscytowana do granic możliwości. Paweł zaprosił ją na kolację. Do restauracji, gdzie podawano najlepsze wino i wyśmienite jedzenie, gdzie była muzyka na żywo i gości obsługiwali przystojni kelnerzy z czerwoną serwetką przewieszoną przez ramię. Rezerwacje trzeba było tam robić tydzień wcześniej; Paweł pomyślał o wszystkim, więc widać było, że bardzo się postarał. Na pewno przemyślał swoje postępowanie, myślała, będzie chciał jej wszystko wynagrodzić i wszystko zacznie się układać. Powoli, ale będzie coraz lepiej.
Małgorzata długo stała przed lustrem. Najpierw nie mogła się zdecydować, która sukienkę włożyć, potem przymierzyła kilka par kolczyków. We wszystkim czuła się dobrze. Znała gust Pawła, wiedziała o jego upodobaniach, ale mimo to chciała tego wieczoru zabłysnąć i go zaskoczyć. Chciała mu się podobać. Chciała, żeby nie mógł oderwać od niej oczu.


Dzień wcześniej zadzwonił.
- Cześć. Masz jakieś plany na jutro?
- Czemu pytasz? – odezwała się zaskoczona.
- Zapraszam cię na kolację. Barokowa. Wiesz gdzie? Bądź przed 18.00
- Trafię. Będę.
Właściwie nie wiedziała, czego się spodziewać, nie chciała się nastawiać, ale wyobraźnia sama podsuwała pyszne obrazy: sala z kominkiem, doskonała kuchnia, ciepły nastrój. Tak bardzo chciała poczuć się w swoim małżeństwie jak we własnym domu. Taka kolacja, przy świecach i delikatnej muzyce mogłaby być niezłym początkiem tego jej nowego małżeństwa. Takiego nowego – starego. Takiego innego, docenianego i potrzebnego, takiego naprawdę ich. Pełnego ciepła i zrozumienia, namiętności i pożądania, miłości i bezgranicznego zaufania.
Mała czarna doskonale pasowała na tą okazję. Jeszcze rzut oka na zegarek i można wychodzić. Taksówka stoi przed wejściem. Miły, milczący kierowca i obietnica wieczoru, która z każdym kilometrem była bliższa i coraz bardziej wyczekiwana.
Zdawkowe – reszty nie trzeba. Delikatny uśmiech. Muśnięcie warg czerwoną szminką. Na wyczucie, bez lusterka.
- Miała pani rezerwację?
- Tak, mąż pewnie już na mnie czeka. Moje nazwisko Pawlik.
To się dzieje. To naprawdę się dzieje. Niech się dzieje.
Mówił, jak pięknie wygląda. Patrzył na nią z uśmiechem, pilnował, aby w jej kieliszku nie zabrakło wina, zabawiał rozmową. Był elegancki i czuły, męski i – był idealny. Te trzy godziny upłynęły nie wiadomo kiedy, a potem się okazało, że Paweł miał jeszcze jedną niespodziankę. Cudowny hotel, piękny, tonący w kwiatach apartament („wiesz, że mówią o tym miejscu – królewski? Jesteś dziś moją królową”), szampan, światło świec. Szalony wieczór i niezapomniana noc. Spragniony mężczyzna i gotowa na wszystko dla niego kobieta.
Rano telefon.
- Nie, jeszcze nie. Nie dzwoń, mówiłem, że załatwię, to załatwię. Dam znać. Cześć.
- Kto to był? – Małgorzata nie otwierała oczu, ale czuła obecność swojego męża w pokoju. Czuła jeszcze ciepło jego ciała tuż obok, musiał wstać dosłownie przed chwilą.
- Nikt ważny, to z pracy. Pytali, czy dziś wracam. Powiedziałem, że nie. – Paweł wsunął się pod kołdrę tuż obok i i przytulił ją do siebie. – powiedziałem, że mam teraz ważniejsze rzeczy.
Z hotelu wyszli bardzo późnym popołudniem. Przytuleni i ciągle jakby zakochani, jakby dopiero się poznali i nie mogli się sobą nacieszyć.
Bajka skończyła się dwa dni później.

wtorek, 7 maja 2019

Wędrowny Anioł (XX)


Przepełniały mnie słowa.
Wylewały się nieproszone, a ja byłam wobec nich prawie bezradna. Słowa modlitwy, jakich nigdy nie doświadczałam, pojawiały się w moich myślach nieustannie i bez przerwy, a usta szeptały je jakby w gorączce i z obawą, że nie zdążą i że coś, co powinno być powiedziane, gdzieś zaginie.


Dotykałam innej strony siebie. Doświadczałam żaru słów i nie umiałam się przed nimi obronić. Jakby żywym ogniem paliły mnie one, a ulga nie przychodziła nawet, kiedy wydostawały się na zewnątrz. Mój umysł był niby zniewolony pragnieniem nieustannej modlitwy.
- Nigdy nie myślałam, że mogę się tyle modlić.
- A dlaczego mi o tym mówisz? – Wędrowny spojrzał na mnie tak, jakby się dziwił moim słowom – nie myśl, dziękuj, że Pan dotknął cię taką łaską. To łaska. To nie twoja zasługa, przecież wiesz.
Wiedziałam. Wiedziałam i nieraz miałam z tego powodu wyrzuty sumienia. Nie z powodu wiedzy, ale – z powodu oschłości. Choć – to też pewnie nie do końca dało się wytłumaczyć.
- Widziałaś kiedyś balon? Taki, jakim się lata nad ziemią?
Kiwnęłam głową.
- To sobie spróbuj go wyobrazić bez powietrza. Mało okazały, prawda?
Twoje serce, jeśli jest napełnione łaską i tchnieniem Pana – Wędrowny skłonił głowę, jak zawsze, gdy wspominał którąś z osób Trójcy Świętej –  jest w stanie ulecieć nad ziemię i unieść się naprawdę wysoko.


Wiesz, Pan jest dobry  i łaskawy…
- …i jest blisko tych, którzy go wzywają – skończyłam trochę z rozpędu, ale Wędrowny uśmiechnął się i skinął głową.
- Tak właśnie jest. On zawsze jest blisko. Nawet, jak Go nie widzisz. I jak nie czujesz Jego obecności. I jak na piasku widzisz tylko jeden ślad… Pamiętasz? On nie zostawia. On czasem niesie na swoich ramionach.



Już trzeci raz przywoływał ten, tak bliski mi, obraz. 
Jakby chciał powiedzieć, że nigdy za dużo przypominać o Bożej Obecności.




niedziela, 28 kwietnia 2019

Wędrowny Anioł (XVIII)


Wiesz, jak trudno jest zaufać?
Powiedzieć „Amen” w ciemno, bez planowania, bez rozważania, bez kalkulacji, czy mi się to opłaci? Od tego jednego „amen” zależy twoja wieczność! Wiesz o tym, ale mimo to – jest to dla Ciebie trudne. A wiesz, dlaczego?
- Powiedz. – ze zdziwieniem usłyszałam swój głos, który szeptał, jakby nie chcąc przerywać milczącego brzasku poranka.


Wędrowny wyprostował się i uniósł rękę, wskazując kierunek na wprost.
- Co widzisz?
Przede mną była tylko ścieżka. Wydeptana przez miliony kroków i tysiące stóp, wyraźnie odcinająca się od coraz ciemniejszej o tej porze roku zieleni, która nie zwiastowała już wiosny, ale wyraźnie ją – przystrajała. Ścieżka biegła prosto, czasem tylko nieznacznie zbaczając na boki.
Wędrowny uniósł wzrok ku niebu, jakby szukał odpowiednich słów.
- Taką ścieżyną można iść tylko samemu. Jest za wąska, żeby pomieścić dwie pary stóp obok siebie. Można iść gęsiego, ale wtedy albo będzie się słyszeć kroki za sobą, albo będzie się widziało czyjeś plecy. Zobacz! – wskazał palcem na kobietę, która podążała tą dróżką, niosąc na rękach swoje dziecko. Mały chłopiec śmiał się radośnie, dotykając rączkami twarzy swojej matki. 


To musiała być matka. Nikt inny nie przemawia tak do dziecka i nikt nie patrzy na nie z taką czułością. Stanęłam z boku, żeby mogła swobodnie przejśc obok. Kiedy mnie mijała, uśmiechnęła się z wdzięcznością i powiedziała:
- Dziękujemy! Nie zmieścilibyśmy się wszyscy na tej ścieżce, jesteśmy duzi!
Chłopiec pomachał do mnie rączką i zaraz wtulił się w ramię kobiety, wstydliwie chowając przede mną buzię.
- Można iść tylko samemu – pokiwał głową Wędrowny i podjął przerwaną chwilę temu myśl – chyba że jesteś niesiona na rękach. Pamiętasz? Mówiłem o tym ostatnio: jeden ślad na piasku to stopy Pana, nie Twoje. Pomodlimy się razem, chcesz?
O Twoje „amen”. O „bądź wola Twoja”.



piątek, 19 kwietnia 2019

Ostatnie Cztery Dni


Czwartek - ciemnica.
Piątek - grób.
Sobota - najpierw koszyczek, a potem ognisko na zewnątrz kościoła.
Niedziela - msza wcześniej niż zwykle.

A potem można w końcu usiąść przed telewizorem, włączyć serial i cieszyć się zasłużonym odpoczynkiem. 

Pytanie nr 1: Zasłużonym? 
Pytanie nr 2: Cieszyć się?

Bóg, który ocalił nasze życie, który każdego dnia budzi dla nas słońce; Ten sam, który dał swojego Syna, swoje Ukochane Dziecko za nas, chociaż to myśmy byli wszystkiemu winni - On jest Bogiem Miłości, Miłosierdzia, Pokoju i Życia. Mojego i Twojego. Bez względu na to, czy nam się to podoba czy nie.
Czy czwartek - to tylko ciemnica, jakiś opuszczony kąt w kościele i jedna, pojedyncza świeca? 
To o wiele więcej. To straszliwe opuszczenie Chrystusa, to Jego samotność i potworne osamotnienie, to Jego ofiara i ból Ogrójca; to umycie nóg tym, którzy nie mają pojęcia, o co chodzi. To Jezusowe: "Módlcie się i czuwajcie"... 




Piątek - to nie tylko grób. To świadectwo, że On naprawdę umarł za nas. To ból Krzyża, łzy Matki i kości rzucane o szatę Jezusa. To złorzeczenie łotra i zniecierpliwienie żołdaków, którzy chcieliby mieć już wolne, dlatego łamią skazańcom golenie. To śmierć Tego, który żyje na wieki. Już wierzysz?



Sobota - Cisza. Milczenie. Czas, który stoi w miejscu. Wieczór nie chce nadejść, a w sercu zaczyna pojawiać się przeczucie, że to, co było w piątek, nie może być końcem. Czekasz. Może nawet zaczynasz się modlić. Jeszcze bez przekonania, jeszcze ukradkiem, ale - zaczynasz widzieć, że to nie chodzi o to ognisko, nie chodzi o to, żeby zrobić hałas dzwonkami. Tu chodzi o coś więcej. Chodzi o Życie, o Jezusa, Który jest Życiem. O to, żebyś w końcu uklęknął i zobaczył, że Bóg to nie mrzonka i nie ludzki wymysł; żebyś odważył się podnieść wzrok i spojrzeć na grób, który - choć zasunięty piekielnie ciężkim kamieniem, zostanie pusty i sam będziesz mógł to zobaczyć.
Pozwól sobie usłyszeć Boga.

Wtedy nie będziesz mógł doczekać się niedzielnego poranka i będziesz biegł jakbyś leciał na skrzydłach, żeby się rozpłakać z radości przy pustym Grobie.



Życzę Ci tego; żebyś poczuł ból, jaki zniósł dla Ciebie Twój Bóg, żebyś się zadziwił ciszą oczekiwania; życzę Ci łez radości, kiedy usłyszysz: "Nie ma Go tu, zmartwychwstał".
I życzę Ci, żeby już nigdy żaden Wielki Post, żadne Triduum Paschalne i żadna Wielkanoc nie była jedynie kolejnymi świętami. Niech każde będą wyjątkowe.

wtorek, 16 kwietnia 2019

Wędrowny Anioł (XVII)


- Wierzysz w Boga?
Pytanie, jakie usłyszałam tego poranka było, jak mi się wydawało, retoryczne. Nie wiedziałam, czemu mi je zadał. Odpowiedź była tak oczywista, że nawet nie zamierzałam jej udzielać. On nie ustępował.
-Wierzysz?
- Przecież wiesz, że tak.
- A wierzysz Bogu?
Nie biernik, a celownik.
Wędrowny przysiadł obok mnie i zapatrzył się w okno, a ja odsunęłam krzesło od biurka i spojrzałam na krzyż, umieszczony na ścianie mojego pokoju. 


Najbardziej dynamiczna rzeczywistość, jaką kiedykolwiek spotkałam, a jednocześnie – najbardziej stała i niezmienna.
Pytanie Wędrownego o wiarę przypomniało mi o mojej codziennej modlitwie, o moich prośbach i o łzach, na które mógł patrzeć tylko Chrystus na krzyżu.  Czy ja wierzę Bogu?
Rozkołysany porywistym wiatrem czubek rosnącej nieopodal jodły strząsnął z siebie szyszkę, która z impetem uderzyła w okno  mojego pokoju. Drgnęłam zaskoczona tym nagłym i niespodziewanym odgłosem.
Czy wierzę?
Promień słońca zamrugał porozumiewawczo zza chmury, po czym, niby bawiąc się w chowanego, znów się skrył za obłokiem w kolorze blado-buro-szarym, rozświetlając go jakby od środka tysiącem odcieni.


Wiem, że Bóg jest i że czuwa. Że Jest zawsze. Jest – to Jego Przedwieczna Istota i Jego Imię. Wiem, że nigdy nie zasypia. I że nigdy nie spuszcza nas z oka. Nigdy się nie niecierpliwi, zawsze kocha, nieustannie błogosławi i wysłuchuje wszystkiego, co tylko chcemy mu powiedzieć.
Wiem.
Czy wierzę?
Wędrowny dotknął mojego ramienia. Modlił się. Sięgnęłam po różaniec.



poniedziałek, 8 kwietnia 2019

Wędrowny Anioł (XVI)

- Zawsze będzie za mało słów. I zawsze będzie ich za dużo.
Nigdy nie widziałam go tak poruszonego. Owszem, czasem bywał niespokojny, ale nigdy nie było w nim aż tyle gniewu. Czy Wędrowny wiedział, czym jest gniew?
- Zawsze będzie za mało słów. Przebaczenia przede wszystkim. Ale też zrozumienia, zgody i przyznania się do błędu. Ludzie będą odwracać głowę i będą udawać, że ich nie zauważają i że nie widzą, jak bardzo takich słów potrzeba. I że ich to nie dotyczy. Zamiast tego będą zajmować się sobą, będą zapatrzeni w siebie, będą się skupiać na tym, co im się opłaca, a co jest z ich punktu widzenia nieopłacalne, i nie będą pytać, czy na pewno mają rację. Oni będą pewni. Myślą, że zawsze ją mają.



- Ludzie tacy są... - próbowałam tłumaczyć, ale Wędrowny położył palec na swoich ustach. Smutnym spojrzeniem powiódł po zachmurzonym dzisiaj i nieprzejrzystym niebie. Wiedział, że za chmurami nadal świeci słońce, które wciąż daje ciepło i światło, ale zimna, szarostalowa zasłona nie pozwala nam tego zobaczyć.




Wędrowny modlił się jeszcze mocniej, choć wiem, że zawsze wkładał w swoją modlitwę całego siebie. Zaciskał powieki z całych sił, jakby ten wysiłek miał rozjaśnić niebo i przegonić chmury. 
Podłuższej chwili otworzył oczy i popatrzył na mnie smutno.
- Zawsze będzie za dużo słów. Zawsze ktoś powie o jedno słowo za dużo, ktoś inny nie będzie chciał pozostać dłużny… Słowa będą plątać się pod nogami, będą wyglądać z każdego kąta, będą się ujawniać w najmniej odpowiednim momencie. Człowiek nie będą ich szanować, będzie nimi szastać na prawo i lewo, będzie je rzucać na wiatr i nie będzie pamiętać, co powiedział przed chwilą.


Zerwał się deszcz.
Nabrzmiałe, ciężkie krople uderzały w parapet, robiąc dużo hałasu, a potem cicho i bezwolnie spływały na ziemię, rozlewając się po twardej nawierzchni betonowych płyt chodnika. Woda rozpaczliwie szukała drogi wyjścia, miotając się to tu, to tam. Wyglądało to jak miniaturowa powódź, która zalewa wszystko, co spotka na swojej drodze i wszystko to – niszczy.
Wędrowny wciąż się modlił.


środa, 3 kwietnia 2019

Wędrowny Anioł (XV)


Wiedziałam, że nie lubi, jak się mu przerywa modlitwę. Był tak z nią zjednoczony, że stanowił jedno i nie można było znaleźć żadnej rysy w tej jedności z Jego wiarą, zaufaniem i zawierzeniem. Modlił się zawsze. Każdym gestem, słowem, spojrzeniem. Był modlitwą.


Wiedziałam o tym wszystkim, ale w tamtym momencie nie umiałam się powstrzymać. Za dużo się stało, zbyt wiele było niewiadomych, było za ciemno i za daleko. Odezwałam się cicho, ale te trzy słowa zabrzmiały jak trzaśnięcie drzwiami.
- I co teraz?
Wędrowny nie oderwał oczu od nieba, tylko popatrzył na nie z jeszcze większą nadzieją.
- Nie wiem. Musisz czekać. Modlić się i czekać. Odpowiedź przyjdzie. Zawsze przychodzi, ale czasem trzeba czekać odrobinę zbyt długo. Pamiętasz? – uśmiechnął się, jak na wspomnienie jakichś miłych zdarzeń – Pan czasem przychodzi kwadrans za późno, ale zawsze zdąży na czas.


Spoważniał i odwrócił się w moją stronę.
- Wiesz, czasem tak po prostu jest. Nie możemy nic zrobić, nic zmienić, na nic i na nikogo wpłynąć. Czasem jesteśmy bezradni.
- Ale ja tak nie chcę!
Pierwszy raz od czasu, kiedy poznałam Wędrownego, powiedziałam coś głośniej niż zwykle.
Nie złościł się. Ledwo dostrzegalnym ruchem skrzydeł studził moje rozpalone emocjami czoło, a przymknięte powieki niosły ze sobą ciszę, mądrość oczekiwania i przedziwną pewność, że wszystko będzie dobrze.


Nie odpowiedział od razu. Pochylił głowę, jakby szukał odpowiednich słów, a potem wyszeptał:
- Nie zmienisz wszystkiego, co wydaje Ci się niewłaściwe, niemądre, nie-twoje i niemodne. Są rzeczy, które musisz przyjąć takie, jakie są, bo one nie zależą od Ciebie. Nie dlatego, że ktoś uznał, że nie dasz rady, ale dlatego, że to nie Ty masz takie zadanie. Twoim zadaniem jest czekać, trwać i ufać, że Bóg nie pozwoli, aby stało Ci się coś złego, bo jesteś Jego ukochanym dzieckiem. Przypomnij sobie – Jego głos był łagodny i melodyjny – „Aniołom swoim rozkazał o tobie, aby cię strzegli na wszystkich twoich ścieżkach”. Ufaj i trwaj.
- Aniołom? Posłał Ciebie?
Uśmiechnął się.
- Ja jestem tutaj dlatego, że On tego chce. Z Jego Woli, nie ze swojej. Wszystko jest dobrze wtedy, gdy jest tak jak On chce. Ja to wiem.
Zaufaj, proszę. W Jego Rękach jesteś bezpieczna.
Poczułam Jego dłoń na moim policzku. Zamknęłam oczy.

Życie nie stoi w miejscu...

  Płomień maleńkiej świecy rozpalał się coraz bardziej. Z początku nieśmiało, a potem coraz odważniej wspinał się po jedwabnym sznureczku, o...