niedziela, 30 września 2018

Na pograniczu

Wyrwało mi się dzisiaj serce.
Tak długo zamknięte w domu, w pokoju ze spuszczonymi roletami, że prawie zapomniało, jak to jest - poczuć wiatr, zimne powietrze, krople deszczu, drobinki mgły.
Wyrwało się i nie dało sobie wytłumaczyć, że może nie iść, że po co, że gdzie.
Słońce oślepiało jak szalone, ale serce nie dawało się przekonać.






Dymy z kominów domów i bloków snuły się tak nisko nad ziemią, że szło się jak po chmurach, które rozstępowały się na chwilę, poruszone niespokojnym porywem wiatru, a potem uciszone znów brały w posiadanie całą ulicę, spowijając ją i kołysząc w swoim rytmie. 
Miasteczko usypiało.
Mgła nad polami na widnokręgu gęstniała, ale przy zachodzącym słońcu, stawała się coraz mniej widoczna. 



Każdy oddech na długą chwilę zostawiał ślad w zimnym powietrzu, zranionym ciepłym tchnieniem ludzkiego serca.

Wracamy?
Niewidocznie przytaknęło. Wracamy. 
To był dobry dzień.

piątek, 28 września 2018

Wędrowny Anioł (II)

Dzisiaj znów poderwał się do lotu, jakby chciał odfrunąć mimo zamkniętego okna. Wiedziona jakimś niezrozumiałym porywem serca, po powrocie do domu, zanim jeszcze zagrzałam dłonie o kubek gorącej herbaty, zajrzałam do pokoju. Był tam, gdzie go zostawiłam. Kołysał się lekko, jakby w takt niesłyszalnej muzyki i wirował, a razem z nim - powietrze, które go otulało i unosiło. W powietrzu było czuć tajemnicę, ale nie można było jej uchwycić ani jej dotknąć. Wymykała się, klucząc między półkami pełnymi książek i chichotała żartobliwie, a kiedy udawało się jej schować, wybuchała śmiechem, od którego jeszcze mocniej drżało powietrze. Herbata na kuchennym stole wystygła, a niebo poszarzało, chwytając rozpaczliwie ostatnie promyki zachodzącego słońca, jakby chciało wydłużyć dzień o choć kilka minut.















W pokoju powietrze wciąż wirowało. Skrzące się w blasku aureoli Wędrownego Anioła drobinki kurzu tańczyły dostojnego walca opadając, aby zaraz potem się unieść do góry, a nieliczne już tego wieczoru ptasie trele wtórowały im w tym tańcu, chcąc mieć w udział w tym misterium.

Wędrowny Anioł.
Dokąd mnie jeszcze zaprowadzi?

piątek, 17 sierpnia 2018

O krok przede mną... Wędrowny Anioł (I)

Czasem przystaję.
I czasem takie przystanięcie oznacza krok do przodu.
I chociaż do przodu - to i tak zawsze za Nim. Moim Przewodnikiem.
On wie, dokąd mnie prowadzi. Wie, którędy najlepiej iść i gdzie jest najbezpieczniej.Wie, jakiego kija użyć do podpierania się w drodze i wie, które kamienie lepiej omijać. Jeśli go zapytać, to zawsze odpowie, ale nigdy do niczego nie zmusza i nigdy do niczego nie będzie zbytnio namawiał. Będzie przekonywał spokojnie i mówił bez podnoszenia głosu, obnażając manipulacje świata i pokazując jedyną prawdę, której warto zaufać.
On zawsze idzie pewnym krokiem. Jeśli czasem przystaje to tylko po to, żeby mnie nie zgubić i nie pozwolić mi się oddalić. Pamięta, że nie znam drogi i sama nie trafię do celu.
Wędrowny Anioł.


Od pierwszego spotkania pilnuje mnie już bez przerwy.
Z torbą podróżną, przewieszoną przez ramię, w czapce nasuniętej na czoło, z wypchanym plecakiem i w solidnych butach.
Ciągle w ruchu.
Poderwany do lotu.
W połatanym płaszczu.
Zawsze o krok przede mną.


czwartek, 2 sierpnia 2018

Klara (VIII)

Niepewność. Niepokój. Jakaś niewiadoma. Zaciemniona rzeczywistość. Przesłonione postrzeganie. Nie znajdowała słów, aby nazwać swoje emocje. Była pewna tylko tego, że nie były dobre. Ale nie wiedziała, skąd one, dlaczego – i dlaczego akurat teraz tak mocno dawały się we znaki. Mogła przypuszczać, podejrzewać, ale – nie miała pewności, czy jej myśli podążają w dobrym kierunku i czy słowami, gdyby je dopuściła do głosu, będzie umiała umiejętnie nazwać to, co się w niej zbudziło i co uwierało jak nieznośny kamyk w za ciasnym bucie.
Zbudziło… Nie – „powstało” ani nie „narodziło się”. Zbudziło. Czyli – musiało już w niej mieszkać. Odkrycie tej oczywistej rzeczy podziałało na nią jak bicz, którego koniec smagał jej serce i jej duszę, a każde uderzenie było jak ogień i jak rozpalone żelazo. Bolało. Kurczyła się w środku tak bardzo, że czuła, że jeszcze chwila i rozsypie się jak garstka piasku i nie będzie jej, zniknie całkiem i  na zawsze.
Na policzkach poczuła łzy. I to był jej ratunek. Płakała tak, jak chyba jeszcze nigdy, a każda łza była niby kropla życiodajnej wody i łyk świeżego powietrza. Długi szloch wstrząsał jej ramionami, a dłonie nie były w stanie zatamować tego płaczu. Krzyknęła, kiedy poczuła dotyk czyjejś ręki na ramieniu.

***

Otworzyła oczy. Poduszka była cała mokra. To był sen. Z jednej strony – odczuła ulgę, ale wiedziała, że nie uda się jej tak szybko z niego otrząsnąć. Był tak bardzo realny, że aż bolał. Wyciągnęła rękę i zapaliła lampkę na biurku. Przez lekko uchylone drzwi do jej pokoju wpadała smużka światła. Wstała powoli. Dziadek nie spał. Siedział w fotelu i czytał książkę.
- Dziadku, co się stało? Dlaczego nie śpisz? – Klara była poważnie zaniepokojona. Dziadek był dla niej najważniejszy na świecie, dlatego zauważała każdy drobiazg inny niż zazwyczaj. To ona miewała inne godziny snu, wracała do domu o różnych porach dnia, jadała też różne rzeczy, w różnych miejscach i… w różnym towarzystwie. Dziadek żył tak, że obserwując jego krzątaninę, można było nastawiać zegarek. Szósta – pobudka. Siódma – śniadanie i leki. Ósma – wyjście do pracy. I tak codziennie oprócz niedzieli, kiedy także wychodził o ósmej, ale – na mszę do pobliskiego kościoła. Klara była tam z nim tylko raz. Kiedy w sobotę się zasiedziała przed komputerem albo przy książce, siódma rano w niedzielę był nieludzką porą do wstawania. Dziadek rozumiał i o nic nie pytał. Ale teraz siedział z książką w ręku mimo bardzo późnej pory.
- Dziadku, dobrze się czujesz?
Pan Władek spojrzał na wnuczkę z miłością.
- Martwisz się o mnie? Wszystko dobrze, po prostu się zaczytałem. Już idę spać, ty też wracaj do łóżka, Klarciu – uśmiechnął się do dziewczyny i wyciągnął do niej rękę, aby ją przytulić. Klara była piękną, młodą kobietą, ale nie unikała dziadkowych czułości. Tylko on ją przytulał, a kiedy zmarła babcia, także pan Władek potrzebował tej bliskości. Potrzebowali siebie oboje i pomagali sobie jak tylko potrafili.
Klara bez słowa wtuliła się w dziadkowe ramiona. Znowu poczuła łzy pod powiekami.
-Kochanie, płaczesz? Czemu płaczesz? – pan Władek delikatnie odsunął wnuczkę od siebie i spojrzał w jej oczy. – Co się stało?
- To nic dziadku, przejdzie, to nic – Klara próbowała unikać dziadkowego wzroku, ale wiedziała, że pan Władek dopnie swego. Zawsze tak było. Jak chciał się czegoś dowiedzieć, to drążył, dopóki mu wszystkiego nie powiedziała.
- Dziadku, a możemy o tym porozmawiać jutro? Rano wszystko ci opowiem, obiecuję.
Pan Władek spojrzał na zegarek.
- Dobrze, Klarciu, ale nie wywiniesz się, pamiętaj, że obiecałaś – żartobliwie pogroził jej palcem i z powrotem przyciągnął do siebie, aby utulić dziewczynę na dobranoc.
Klara nie odpowiedziała. Wtuliła twarz w pachnący sweter dziadka i zapragnęła, aby ta chwila nie skończyła się nigdy. Tak było jej dobrze.

PS. Tak, jak obiecałam, moi bohaterowie wrócili. To nie jest taki powrót, jakiego się spodziewaliśmy, ale cóż - to nie ja wymyślam tą fabułę. Ja jestem tylko kronikarzem...

środa, 1 sierpnia 2018

Na naszych oczach

Taki zwykły czas, ot kilka dni wyrwanych z codzienności, żeby pójść trochę dalej niż do najbliższego sklepu po pieczywo, żeby zobaczyć może coś więcej niż zazwyczaj i spotkać się z innym światem niż dotychczas. Znajomi odradzali."Daj spokój", mówili, "taki kawał świata jechać i to po nocy?" Nie dałam się przekonać.
Warto było.
Wschód słońca z okien pociągu? Dlaczego nie...

















Wschód słońca, już rano, widziany przez okna pociągu, obiecywał i rozbudzał wyobraźnię. Właściwie to nie było nic takiego, żadnych spektakularności ani nadzwyczajnych wrażeń, ale serce biło szybciej, oczy się uśmiechały, a nogi chciały pobiec temu słońcu na spotkanie.
Po całej nocy spędzonej w busie - a jednak to nie zmęczenie było na pierwszym planie. Była ciekawość, radość, zachwyt każdym kolejnym, wyłaniającym się zza zakrętów widokiem i oczekiwanie i taka dziwna pewność, że będzie pięknie.
Po podróży, mimo zmęczenia (bo nieprzespana noc, nowe miejsce itd.) - od razu w drogę. Wizyta u Ducha Gór, w dawnej posiadłości braci Hauptmannów, potem wyprawa na Chybotek, z przerwą na posiłek w Chacie Izerskiej... Przesympatyczna pogawędka z gospodarzami miejsca, dobra, mocna kawa na tarasie, z którego, mimo upału, nie chciało się schodzić, bo widoki przecudne i w każdej chwili zaskakujące. Zachwycał mnie tam każdy drobiazg, każdy maleńki szczegół, który na pewno w innych okolicznościach pozostałby niezauważony. 
Wędrówka po kamieniach pierwszego dnia dawała przedsmak tego, co miało się wydarzyć nazajutrz, a powieki nie nadążały mrugać, bo wszędzie było coś, na co warto było się zapatrzeć. Złoty Widok zachwycał, fraszki Mistrza Sztaudyngera budziły myśli, o jakie nigdy bym siebie nie podejrzewała, a zwykłe "dzień dobry" od napotykanych turystów przywoływały uśmiech i rozszerzały serce.

Złoty Widok zachwyca nawet na zdjęciu

Droga. Wędrówka. Szlak.
Jak by tego nie nazwać, zawsze pozostanie tajemnicą. Nawet ten żółty, który pokonałam zdążając do schroniska na Wysokim Kamieniu, nawet czerwony, który sprowadził mnie z powrotem na dół, stromą, kamienistą drogą wśród drzew, gdzie trwa wieczna symbioza ptaków, roślin i zwierząt. Ta cisza dotyka zakamarków serca i obmywa sobą zapomniane myśli. Dodaje odwagi, aby zmierzyć się z życiem i pokazuje właściwą perspektywę.


Droga musi kosztować. Trud, który okazuje się błogosławieństwem, zostawia w pamięci ślady na zawsze. Trud, którego nie zlekceważę i którego się nie pozbędę - będzie procentować i wydawać owoce. 
Ja to zobaczyłam wyraźnie dopiero tam, w Karkonoszach, na szlaku. I Bogu niech będą dzięki za tą drogę, za te moje rekolekcje.



Nie sposób napisać o wszystkim. Ale jednego nie wolno przemilczeć.
Nie byłoby tych dni, tego zachwytu, tych widoków pod moimi powiekami nieustannie, gdyby nie ludzie. Gdyby nie Dom Pod Wędrownym Aniołem (co za nazwa! Mistrzostwo!), gdyby nie życzliwość gospodarzy, Asi i Jurka Chmielewskich, gdyby nie ich niesamowita gościnność. Asiu, Jurku - dziękuję! Za zapach chleba co rano, za dobre słowa, za wskazówki, za uważne słuchanie i mądre rady. Jesteście wspaniali!

niedziela, 22 lipca 2018

Nieodebrane połączenie ;)

To była jakaś paranoja.
Telefon odzywał się chyba dziesiąty raz, a ona ciągle miała zajęte ręce. A to trzymała akwarium, bo średni junior postanowił wytrzeć kurze na regale, zwłaszcza pod rybkami, a to siedziała na drabinie i pucowała żyrandol. A potem – co ją podkusiło? – postanowiła umyć okno w salonie, więc znowu nie mogła odebrać połączenia. 

Piotr podejrzliwie patrzył to na komórkę, to na Milenę, nie mogąc się zdecydować, co go bardziej denerwuje. 

W końcu wypalił:
- Nie odbierzesz? Może to coś ważnego?

- Ważne to będzie, jak przestaniesz mnie sprawdzać – odburknęła Milena, wciąż jeszcze zła na Piotra po ostatnim zajściu.
- Ja sprawdzać? Ja cię sprawdzam? – zaperzył się mąż Mileny i ojciec ich trójki dzieci. – Przecież tylko zapytałem, czy nie odbierzesz? Czy ty zawsze musisz się kłócić? – sięgnął po pytanie, które w tym domu przez ostatnie trzy dni wybrzmiało chyba ze sto razy.
- Nie zawsze muszę – Milena ze stoickim spokojem sprawdzała, czy nie zostały smugi na szybie – tylko wtedy, gdy mnie sprowokujesz. Czyli – prawie za każdym razem. – uśmiechnęła się do siebie, choć w środku wszystko się w niej gotowało. – Podaj mi płyn do okien.
Piotr bez słowa sięgnął po stojącą na stole butelkę i podał ją swojej żonie. Kochał Milenę i był o nią bardzo zazdrosny. Nie wyobrażał sobie życia bez niej i denerwował się za każdym razem, kiedy dzwonił jej szef, jej asystent, któryś z jej wysoko postawionych klientów. No, owszem, przesadził. Zrobił jej karczemną awanturę przy teściach, oskarżył prawie o zdradę, zagroził pozwem rozwodowym. Ok., jego wina. Ale każdy normalny facet tak by się zachował, jakby jego żona przez telefon mówiła do kogoś „kochanie” i „skarbie”.
Kto mógł wiedzieć, że dzwonił ich najmłodszy syn?

wtorek, 15 maja 2018

Klara (VII)



***

Nigdy wcześniej z nikim nie czuł się tak swobodnie. Śmiał się z własnych żartów, nie był skrępowany czyjąś obecnością w zazwyczaj pustym jego mieszkaniu. Na palcach jednej ręki mógłby policzyć dni, kiedy nie był sam. Nie robił takich rachunków, bo nie chciał się przekonywać o tym, jak bardzo jest samotny. Myślał, że nigdy nie będzie mu to przeszkadzać. Myślał, że będzie go to zawsze cieszyć, że jest sam, że nikt mu nie przeszkadza, że może u siebie robić, co chce. Na początku tak było. Ale w końcu przyszedł taki dzień, kiedy sam siebie zapytał, jak długo można robić nawet najbardziej zwariowane rzeczy, ale samemu? Na to pytanie nie znajdował odpowiedzi.

- Klara, dziecko, gdzie ty jesteś? – pan Władek bezradnie rozglądał się po sklepie. Gdzie ta dziewczyna się podziała? Przed chwilą z nią rozmawiał, a teraz nigdzie jej nie było. Nie mogła wyjść, słyszałby dzwoneczek.
- Tu jestem, dziadku, tutaj – pan Władek aż podskoczył. Słyszał głos, ale nikogo nie widział. Nie zdążył nic więcej powiedzieć, bo Klara wynurzyła się zza kontuaru, cała zziajana i czerwona z wysiłku. – Długopis mi spadł. Kiedy się po niego schyliłam, łokciem strąciłam cały pojemnik z pisakami i chciałam je od razu pozbierać. Trochę to trwało. Ale już jestem.
Pan Władek spojrzał zdziwiony na wnuczkę.
- Klarciu, co z Tobą? Najbardziej uważna, najsprytniejsza dziewczyna pod słońcem - takie rzeczy? Łokciem – kubek?
- Oj, dziadku, zdarza się przecież najlepszym – Klara próbując uśpić czujność mężczyzny, machnęła lekceważąco ręką i roześmiała się serdecznie, ale pan Władek nie dawał za wygraną.
- Klarciu, a może ty chora jesteś? Może masz gorączkę? – podszedł do dziewczyny i dotknął jej czoła – o masz, babo placek. Rozpalona jak piec! Marsz do domu i do łóżka. Zaraz zadzwonię do mamy i powiem jej…
- Dziadku, nic mi nie jest, naprawdę – Klara próbowała się bronić, ale wiedziała, że to nic nie da. Pan Władek był najukochańszym, najwspanialszym, najdroższym dziadkiem pod słońcem. I najbardziej upartym człowiekiem, jakiego kiedykolwiek znała. Żartowała czasem, że kiedy ludzie stali w kolejce po wzrost i rozum, to dziadek stanął tam, gdzie nie było kolejki i wziął wszystko, co było. A że tam dawali upór… to teraz nie było na niego mocnych.
- Dziadku, a może ja zaparzę sobie herbaty z malinami i siądę na zapleczu, przykryję się kocem… ?- spojrzała pytająco na starszego mężczyznę i dokończyła trochę ciszej – bo ja to nie mam ochoty wracać do domu. Tam nikt na mnie nie czeka.
Pan Władek prędko podszedł do Klary i mocno ją przytulił. Wiedział, że dziewczyna mówi prawdę. Nigdy o tym nie rozmawiali, unikając trudnych, ciężkich tematów, ale doskonale wiedzieli, że prędzej czy później trzeba będzie wrócić do tej sprawy.
- Dobrze, Klarciu, już dobrze. Za godzinkę zamkniemy sklep i razem wrócimy do domu, chcesz?
Milczenie i wdzięczność wymalowana w oczach Klary starczyła za całą odpowiedź. Oczywiście, że chciała. To była jedyna rzecz, jakiej na pewno w tej chwili pragnęła. Za nic w świecie nie mogła zostać sama. A dziadek był jedynym człowiekiem, przy którym czuła się dobrze i bezpiecznie.

PS. To ostatni odcinek tej opowieści na blogu. Przynajmniej na ten czas. Bohaterowie też czasem muszą odpocząć ;) 
Ta historia jest dość złożona, ale wiem, że będzie miała ciąg dalszy. Wiem, że do niej wrócę, bo stała mi się w jakiś sposób bliska. Obiecuję, że za jakiś czas dam znów znać, co słychać u Klary i Kuby, i pana Władka. 
Dori eS


niedziela, 13 maja 2018

To możliwe!

Jedno spotkanie. Znajomi. Dzieci znajomych. Kilka osób. Nic wielkiego. Ot, taki sobie majowy, miły przerywnik. "Wpadaj, może grilla zrobimy,  a jak będzie padać to posiedzimy w kuchni, tak jak lubisz, przy kawie i ciastku."
Czemu nie.
Od progu witają mnie uśmiechy, przytulenia i miłe słowa. Najmłodszy synek koleżanki od razu rzuca mi się na szyję i śliniąc mi policzek mówi: "Wleście jeśteś, tęśkniłem". Uśmiecham się i mocno przytulam malca, który - naszym zwyczajem - z kieszeni mojego swetra wyciąga batonik marcepanowy, a kiedy mama wzrokiem pozwala go wziąć, "sprzedaje" mi jeszcze jednego całusa i pędzi do swojego pokoju, aby w skupieniu i namaszczeniem... zachomikować zdobycz. On taki jest. Tak go nauczyli rodzice. Nie zjada wszystkiego od razu, ale chowa "na kiedyś". Nie umiem przestać się temu dziwić, bo przecież chłopczyk mam dopiero 4 lata. Koleżanka, w odpowiedzi na mój pytający wzrok, z uśmiechem rozkłada ręce: "No co zrobisz, on tak ma". Widzę, jak bardzo się cieszy z takiego zachowania synka.
Idziemy do kuchni. Wprawdzie nie pada deszcz, ale praży niemiłosierny upał, choć to dopiero maj, więc chowamy się w zaciszu przytulnej kuchni, pełnej ziół i gustownych dodatków. Znajoma bez słowa pokazuje mi drzwi lodówki.
-Wyjąć mleko? - pytam, zanim spojrzałam we wskazany kierunku.
Znajoma parsknęła śmiechem.
- Nie, no co ty gościem jesteś. Obejrzyj sobie prezenty od dzieci.
Patrzę. Ani skrawka wolnego miejsca z przodu lodówki, po bokach też nie za dużo. Wszędzie - kartki, magnesy, jakieś naklejki, napisy. Pochodzę bliżej. Czytam słowa, od których robi się ciepło na sercu i oczy niebezpiecznie wilgotnieją. "Kocham Cię Mamusiu". "Mamuś jesteś piękna!" Mama jest najlepsza" i tysiąc innych w najróżniejszych konfiguracjach. 

Znajoma podaje mi chusteczki. 
- Uwierzysz? - mówi - Marek przywiózł tą lodówkę trzy dni temu, w środę. Ustawili ją razem z moim bratem, potem każdy poszedł do swoich zajęć. A następnego dnia rano już była taka ustrojona.
- Już teraz wiem, dlaczego wieczorem każdy z moich chłopaków kilka razy schodził do kuchni się napić. Mówili, że gorąco, że straszny upał... widać chcieli dopilnować.
- I nie dziwię się, czemu Maciek w czwartek rano nie mógł się dobudzić i prawie spóźnił się do szkoły - dorzuca Marek, udając oburzenie. 
- No co - najstarszy syn znajomej zmaterializował się obok jak na zawołanie - byłem mózgiem i głównodowodzącym całej operacji. Zakończonej pełnym sukcesem - nie omieszkał dodać z uśmiechem.

Ten wieczór był długi. Rozmawialiśmy o wszystkim po trochu, ale wzrok ciągle mi uciekał w kierunku zamaskowanych drzwi lodówki, przybrane miłością, radością, wdzięcznością i cudnymi, dziecięcymi sercami.

piątek, 30 marca 2018

Dlaczego Wielki Piątek?

Oto wielka tajemnica wiary.
Powietrze drży od śpiewu, który niesie się dalej niż sięga horyzont. Dziś dzieje się Wszystko.
Dziś człowiek dostaje wybór. Dziś Bóg - Człowiek wybiera człowieka. Wybiera śmierć, aby dawać życie. Daje wybór - i daje przykład tego wyboru, do niczego jednak nie zmuszając.
Dziś - ktoś umyje ręce, aby zmyć poczucie winy i wyczyścić się w oczach innych. Dziś - Ten, Który Jest - odejdzie, aby pozostać na zawsze - choć w inny sposób, ale bardzo, bardzo blisko.
Dzisiaj - zatrzęsie się ziemia i rozedrze się - z góry na dół, a więc nie ludzką ręką - zasłona w świątyni. Dzisiaj więc - wszystko, co było skryte i schowane, stanie się jawne i widoczne. Zamysły serc, zamiary i niecne plany. Dziś - przez ułamek chwili - nad światem zapanuje ciemność wraz z lękiem, bólem i rozpaczą, aby niemal natychmiast ustąpić przed Światłością świata, przed Drogą do Ojca, przed Prawdą i przed Życiem.




Wielka jest tajemnica naszej wiary. 
Nieodgadniona. Niepojęta. Niemożliwa do zrozumienia. Ale możliwa do przyjęcia całym sercem. To klucz, bez którego nie można być wolnym. To niezasłużony i największy na świecie dar - od samego Dawcy Życia i Zbawienia.

Dzisiaj, w Wielki Piątek, Bóg - Człowiek rozłoży swoje ręce  i pozwoli je sobie przybić do Krzyża, przylgnie do Niego i - na zawsze na Nim pozostanie, abyśmy nigdy nie tracili Go z oczu.


Wielka tajemnica wiary.
Wielki Piątek.

wtorek, 20 marca 2018

Klara (VI)



- Dzień dobry. 

Drgnął na dźwięk jej głosu. Przegadali całe popołudnie, wieczór i kawałek nocy, ale wciąż nie mógł się nadziwić, jak pięknie brzmiała. Po prostu idealnie. Ani za głośno, ani za cicho. Spokojnie, śpiewnie – a przy tym tak zwyczajnie, jak codzienność, jak dzień i noc, jak pory roku.I jak poranna kawa. 
- Dzień dobry. Jak się czujesz? 
Musiał o to zapytać. Wiedział, że mogła czuć się zawstydzona i zmieszana, choć nie zrobili niczego, czego należałoby się wstydzić. Rozmawiali, milczeli, uśmiechali się do swoich myśli i trochę do siebie; patrzyli w tym samym kierunku – przed siebie, ale też zaglądali w głąb swoich serc, bez lęku, po raz pierwszy chyba w życiu, że znowu będzie bolało. 





Kuba nie wiedział, czy powinien tam iść. Stał nieopodal i patrzył, jak Klara wchodzi w bramę, za którą znajdował się sklepik ze starociami. Obserwował ją tak zachłannie, że dopiero pieczenie pod powiekami przypomniało mu, że powinien mrugać. Ta dziewczyna go oczarowała. Jej sposób chodzenia i mówienia, jej uśmiech i to, w jaki sposób wycierała okulary; jej głos i delikatne dłonie, którymi pakowała ten nieszczęsny młynek do kawy. „Młynek!” – jęknął w duchu Kuba – „przecież ja muszę tam pójść, przynajmniej po niego!” Tysiące myśli kotłowało się w jego głowie, aż zrobiło mu się gorąco mimo deszczu, który od dwóch dni skutecznie odstręczał ludzi od przesiadywania na rynku Starego Miasta. Na uliczkach nie było nikogo, a kawiarnie, które zazwyczaj tętniły życiem, wypełniała jedynie pustka, taka dosłowna, że prawie można było ją dotknąć. 
Gdyby nie ten młynek, nie musiałby nigdzie iść, niczego szukać. Mógłby teraz siedzieć w domu i przez okno patrzeć na mokry, zapłakany świat. „Gdyby nie ten młynek” – odezwał się cichy głosik w głowie Kuby –„ to nie poznałbyś Klary”. „Racja” zgodził się Kuba z tym czymś, co mu gadało w głowie. 
Kuba był inny niż większość jego rówieśników. Grał na skrzypcach, nie lubił futbolu i świetnie gotował, a wakacje spędzał w schronisku dla zwierząt, pomagając tam jako wolontariusz. Z tego powodu nie miał zbyt wielu kolegów, ale absolutnie mu to nie przeszkadzało. Był typem samotnika – i jak na samotnika przystało, bardzo dużo czytał i nosił okulary. Może też z tego powodu zwrócił uwagę na Klarę. Choć okulary na pewno nie były jedynym tego powodem. 
„Rusz się wreszcie”, tym razem sam siebie zbeształ, nie czekając, aż zrobi to coś w jego głowie, „rusz się i idź”. 
Kuba zrobił krok do przodu. Pójdzie. Zapyta o młynek, a potem jakoś będzie. Najważniejsze, że znów ją zobaczy.

poniedziałek, 19 marca 2018

Klara (V)




Bał się poruszyć. Wszystko było takie mało rzeczywiste, że najmniejszy szelest mógł bezpowrotnie spłoszyć ciszę, która poprzedniego dnia tak ich otuliła. Bał się też otworzyć oczy, aby nie zamazać tego obrazu, jaki pod jego powiekami wymalowała noc. Opuszki jego palców wciąż grzały się w ciepłe jej dłoni, a na szyi wciąż czuł jej spokojny oddech. Chciał, żeby ta noc nie skończyła się nigdy.
***

- I jak tam, podobał się film? - usłyszała Klara, kiedy tylko otworzyła drzwi sklepiku - Czy jak zawsze nie pamiętasz, o czym był, bo cały seans przegadałaś?
Pan Władek wiedział, że tylko on może tak żartować. Klara go uwielbiała, zresztą wzajemnie, on za nią po prostu przepadał. Lubili swoje towarzystwo, mimo - jak czasem śmiała się Klara - poważnej różnicy wieku. Zawsze mieli o czym rozmawiać i właściwie nie mieli przed sobą tajemnic. Kiedyś celnie zauważył, że mógłby być najlepszą przyjaciółką swojej wnuczki, gdyby nie był jej dziadkiem. Długo się wtedy śmiali, a Klara powtarzała ten żart przy każdym rodzinnym spotkaniu. Pasowali do siebie. Zresztą, Anielę też Klara kochała. Zawsze po szkole wpadała do nich zrobić zakupy albo posiedzieć i wypić z nimi herbatkę z malin, które - też razem - zbierali latem na wsi u przyjaciół.
- Oj dziadku, jak możesz! - Klara z dobrze udawanym oburzeniem pogroziła mu palcem - przecież w kinie nie wolno rozmawiać, a my z Elwirą jesteśmy dobrze wychowane.
Pan Władek serdecznie się roześmiał. Lubił się przekomarzać z wnuczką i wiedział, że Klara też uwielbia te jego słowne zaczepki. To były bardzo miłe chwile i dostarczały mu potem wielu cennych wspomnień, kiedy czasem czarne myśli, niczym banda łobuzów, nie dawały mu żyć. Ratował się wtedy wspomnieniami i zawsze dbał o to, aby mu ich nie zabrakło. Czasem w jego głowie pojawiała się taka refleksja, że co by się nie działo, na szczęście jest Klara.
- To co, Klarciu, powiesz mi, o czym był film?
- A ty mi powiesz, dziadku, od kogo dostałeś kwiaty? – Klara wypatrzyła bukiet róż na zapleczu – czyżby jakaś bardzo wdzięczna klientka? – dziewczyna figlarnie zmrużyła oczy, wskazując na flakon stojący na komódce przy ścianie.
Pan Władek złapał się za głowę z dobrze udawanym oburzeniem:
- Jeszcze tego brakowało, żeby kobieta przynosiła mi białe róże. Przecież to nie do pomyślenia, nie uważasz? – spojrzał na Klarę pytająco, wyraźnie czekając na odpowiedź.
Klara westchnęła.
- Dziadku, przecież ty się znasz na żartach, zapomniałeś? – spytała. – Powiesz mi, od kogo te kwiaty, czy mam zgadywać?
- Powiem, pewnie że powiem. I powiem ci, kochanie, że jakbym ci nie powiedział, to nigdy byś nie zgadła – pan Władek świetnie się bawił podczas tej rozmowy. Wiedział, że Klarę zjada ciekawość, ale postanowił jeszcze troszeczkę ją potrzymać w niepewności. Odwrócił się na pięcie i z tajemniczym uśmiechem wszedł na zaplecze, zostawiając osłupiałą Klarę na środku sklepu, przed drewnianym, solidnym kontuarem, który od tylu lat służył za ladę, że sam pan Władek nie pamiętał dokładnie, kiedy ją kupił.
- Dziadku! – Klara natychmiast ruszyła za mężczyzną, zdejmując po drodze czapkę i i kładąc ją na oparciu dziadkowego fotela. – Dziadku, od kogo?
- Przede wszystkim, moja panno – zaczął uroczyście pan Władek, z trudem utrzymując powagę – te kwiaty są dla ciebie, nie dla mnie. Nic nie mów! – wtrącił widząc, że Klara już otwiera usta – najpierw wysłuchaj. Te kwiaty przyniósł wczoraj jakiś młody mężczyzna. Prosił, aby ci przekazać od wdzięcznego klienta. Nie wiem, co tu się działo, jak mnie nie było, ale jeśli jeszcze raz coś podobnego będzie miało miejsce, to… - pan Władek zawiesił głos i, udając surowego, spojrzał na nic nie rozumiejącą wnuczkę, a potem dokończył, już z uśmiechem – to cały sklep przepiszę na ciebie, bo widzę, że świetnie sobie radzisz.
- Dziadku, co ty mówisz? Poważnie? Dla mnie? Ale od kogo? Przecież ja nic takiego nie ten… - zaczęła Klara i poczuła, że się czerwieni.
- Żadnej innej dziewczyny tutaj nie zatrudniam, więc na pewno chodziło o ciebie – uśmiechnął się pan Władek- ten chłopak powiedział, że kupił młynek do kawy, ale że go chyba tutaj zostawił, bo nigdzie go nie ma.
Klara bez słowa sięgnęła do torby, którą wciąż miała przewieszoną przez ramię i wyjęła z niej zawiniątko przewiązane sznurkiem. Spojrzała na dziadka:
- To jak chciał kupić, to czemu zostawił na schodach? – spytała, rumieniąc się jeszcze bardziej.
Za ich plecami skrzypnęły drzwi. Pan Władek zerknął w ich stronę i zanim zabrzmiało: „Dzień dobry”, powiedział do Klary:
- Zdaje się, że sama go możesz o to zapytać…



Życie nie stoi w miejscu...

  Płomień maleńkiej świecy rozpalał się coraz bardziej. Z początku nieśmiało, a potem coraz odważniej wspinał się po jedwabnym sznureczku, o...