niedziela, 25 sierpnia 2019

Kazimierz zdobyty! czyli: Fanklub Moniki A. Oleksa na II Spacerze Literackim :)


II Spacer Literacki z Moniką A. Oleksa przeszedł do historii.
Ta historia, jak słusznie zauważyła jedna z uczestniczek wydarzenia, jest piękna, serdeczna, pełna nadziei i dobrych słów. Tak, jak cała literatura, która wychodzi spod pióra Moniki A. Oleksa. Niewielką część tej literatury mogliśmy dziś dotknąć, namacalnie poczuć, posmakować i ... zrobić wszystko, żeby ten smak pozostał nam w pamięci na bardzo długo.
A zaczęliśmy - dużo wcześniej niż o 9.00.
Pani Maria Molicka (pozdrawiamy Janów Lubelski!) przyznała się, że nie spała od czwartej. To było całkiem długie preludium, Kochana Pani Mario :)
Od wczesnych godzin porannych Fanklubowicze zmierzali do Kazimierza Dolnego. Z Lubina, z Zakrzówka, z Garwolina, z Lublina, z Bychawy, z Janowa Lubelskiego i kilku innych miejsc - jechały samochody (i bus!) do miasta, które stało się areną i ... jednym z bohaterów dla akcji cudnej powieści "Spacer nad rzeką". Dotarliśmy - i wpadliśmy sobie w ramiona. Trzeba było to widzieć! Jak starzy, dobrzy znajomi, choć w większości - znani jedynie wirtualnie, ale - czuliśmy to - bliscy sobie naprawdę. Literatura łagodzi obyczaje, zbliża ludzi... 
Dzień zaczęliśmy od kawy. I herbaty :) I od pierwszych wspólnych zdjęć:




A potem ruszyliśmy na podbój Kazimierza. To naprawdę był spacer! Prawdziwy, radosny, pełen ciekawych spojrzeń, dobrych wrażeń, pięknych rozmów.

Daliśmy się zaskoczyć. I poprowadzić Monice - a Monika z radością pokazała nam te zakątki Kazimierza, które ją zachwyciły i o których czytaliśmy w "Spacerze nad rzeką". 

Była ławeczka, na której "odpoczywają strudzone ziemską wędrówką dusze"...


... była przechadzka brzegiem Wisły i krótki postój w cieniu...






Były też niespodziewane, miłe spotkania...



i chwile serdecznej bliskości...


Na końcu spaceru, w cudownych ogrodach "Fermaty", gdzie z otwartym sercem przyjęła nas pani Monika Kubiś - Arbuz, poczuliśmy się naprawdę dobrze. I na swoim miejscu. 






Było dużo dobrych słów, moc serdeczności i uśmiechu. Kompot (genialny!) z mirabelek i niesamowicie pyszna szarlotka wzmocniły nasze nadwątlone długą drogą siły.
Pani Moniko, "Fermata" okazała się dla nas przepiękną przystanią i prawdziwym przystankiem. Bardzo Pani dziękujemy - za czas, miejsce, poduchy i leżaki, za serdeczność, otwartość i niezwykle ubogacającą obecność wśród nas.



Dziękuję też Pani redaktor Annie Ewie Sorii za obecność i uważne słuchanie, wspomagane bardzo czułym mikrofonem w komórce i czujnym okiem obiektywu aparatu :) Zostawiamy ślady :D

Wspólne zdjęcie na koniec dopełniło reszty.




W swoim imieniu mogę tylko powiedzieć "Dziękuję!" w kierunku każdego z Was, bo każdy w tej całej naszej fanklubowej spoełczności jest jedyny i niepowtarzalny! Dziękuję, Kochani. Widzimy się za rok?

A na deser... 
https://www.youtube.com/watch?v=lCSXxsVN5do


PS.
Na koniec osobiście: po Spacerze Monika powiedziała takie zdanie: Dori, spisałaś się na pięć medali :) Co do liczby - pełna zgoda:
pierwszy - dla całego Fanklubu
drugi - dla p. Moniki Kubiś - Arbuz
trzeci - dla p. Anny Ewy Sorii
czwarty i pół piątego - dla samej Autorki
a reszta dla mnie :)


poniedziałek, 19 sierpnia 2019

"Dzieckiem w kolebce" czyli poezję też można przedawkować

Marta była zamyślona.
Gdyby pokój nauczycielski był choć odrobinę większy, mogłaby się po nim snuć niczym widmo, jak to jest na filmach. Niestety, bardziej niż skromne warunki lokalowe zmusiły ją do zamyślania się statycznego, więc siedziała przy stoliku, bawiła się filiżanką, w której już dawno nie było kawy, gładziła dłonią okładkę leżącej przed nią książki i od czasu do czasu wzdychała.



- Hej, co z tobą? - Mariola popatrzyła na polonistkę z pewną dozą podejrzliwości. - Co się dzieje? Nie dostałaś premii? A może Kostek ci coś znowu powiedział? A szóstą "ce" to się nie przejmuj, oni dzisiaj na każdej lekcji dają popis, zaraz mam tam wychowawczą, to sobie porozmawiam z nimi, oj porozmawiam! - uniosła do góry palec i pogroziła nim w domniemanym kierunku przebywania wspomnianych winowajców. - Powiesz coś?
- Czemu grozisz Marcie? - Patryk z impetem otworzył drzwi i od razu postanowił zareagować - weź ten palec, ona nie jest dzieckiem.
- "Dzieckiem w kolebce, kto łeb urwał hydrze" - wymamrotała Marta, po czym pokiwała głową i dodała - "Ten młody zdusi Centaury".
- Który młody? - Przeraził się Przemek, który dopiero wszedł i usłyszał tylko ostatnie zdanie - i dlaczego od razu będzie dusił? Może najpierw trzeba porozmawiać - perrorował z nadzieją, że uda mu się zapobiec jakiemuś tajemniczemu morderstwu.
- Napij się wody - życzliwie doradził mu Patryk. - To pomoże.
- I nie będzie nikt nikogo dusił? - ucieszył się Przemo. - jak ja sie napiję wody?
- Tego nie wiem - Patryk wzruszył ramionami - ale na pewno ochłoniesz.
- A o co chodzi? - ocknęła się Marta i ze zdziwieniem spojrzała na zgromadzonych wokół - coś się stało?
- Martusia! - ucieszyła się Mariola - Wróciłaś! Jak to dobrze! 
Marta chciała zaprotestować, ale jej wzrok padł na leżącą na stole książkę. Uśmiechnęła się.
- No, wróciłam. - powiedziała z tajemniczym uśmiechem. - Z bardzo dalekiej podróży. I wiecie co?
- Co? - zapytali chórem, jak  na komendę.
- Z wami, u nas, jest tysiąc razy lepiej niż gdziekolwiek indziej. Kto ma dziennik siódmej "be"?

czwartek, 15 sierpnia 2019

Wędrowny Anioł (XXIV)

- Czujesz zapach powietrza?
Wędrowny stał przy oknie i z zachwytem wpatrywał się w niebo, które po nocnej nawałnicy było wypogodzone i przejrzyste.
Powietrze pachniało świeżością i życiem, a delikatny wiatr, który bawił się gałązkami drzew, strząsając z nich krople wody i śmiejąc się przy tym radośnie, niósł ze sobą radość i obietnicę słonecznego popołudnia.
- Zobacz.
Skrzydła Wędrownego błyszczały, jakby obsypane niewidzialnym brokatem, a jego oczy były utkwione w górze.
Spojrzałam.


Obłoki przybierały tak niewiarygodne kształty, że wystarczyła tylko odrobina wyobraźni, żeby stać się świadkiem przedziwnych zjawisk. Patrzyłam jak urzeczona na ten podniebny spektakl, który mnie wzruszał, porywał i zachwycał.


- Prawdziwy cud, prawda? - Wędrowny szeptał, jak gdyby obłoki mogły nas usłyszeć - a przecież tyle razy ludzie patrzą na niebo i nie widzą tam nic ciekawego. Gdyby tylko zechcieli choć raz wznieść oczy w górę bez listy żądań i zażaleń w głowie...

niedziela, 4 sierpnia 2019

Nie ma mowy o pomyłce



-Widzieliście, z jakim hukiem Fredro wyleciał z gabinetu Dyra? – z takim pytaniem, kiedy tylko zabrzmiał dzwonek na długą przerwę, wpadł do pokoju Przemek – normalnie prawie razem z drzwiami, dobrze, że tynk się nie posypał, bo świeżo po remoncie, to dopiero by się działo.
- Jak to – wyleciał? – Klara odstawiła swoją filiżankę ze świeżo zaparzoną kawą na talerzyk i sięgnęła po słodzik, bo cukru nie używała od początku roku szkolnego. – Jak to wyleciał? A nie wyszedł, tylko z impetem czy coś?
- Rany, Klara… - jęknął Przemo i złapał się za głowę – no wyleciał, tak się mówi przecież, nie?
- No właśnie – Klara najwyraźniej postanowiła zadbać o jednoznaczność wypowiedzi – tak się mówi, a potem dziwimy się, że powstają nieporozumienia, jakieś niesnaski, że ktoś coś źle zrozumiał. A wystarczy przecież – chciała poprzeć swoją wypowiedź uniesionym palcem, ale w porę przypomniała sobie, że trzyma w ręku kawę, więc zadowoliła się uniesieniem brwi – zadbać, aby używane przez nas słowa były jednoznaczne.
- Nie może być inaczej – Patryk otworzył drzwi z impetem – to jest bardzo jednoznaczne i nie ma mowy o pomyłce.
- Słyszałeś? – ucieszyła się Klara – widzicie? Patryk też tak myśli jak ja.
- A o czym tak samo myślę? – zreflektował się historyk, rozglądając się za swoim kubkiem, w którym rano zaparzył herbatę i miał nadzieję, że teraz będzie mógł ją wypić.
- A o czym mówiłeś? – tym razem Klara straciła rezon – że jednoznaczne i że  nie ma mowy o pomyłce?
- No o tym, co się dzieje na korytarzu. Figiel powiedział, że nie będzie jeść obiadu, bo rozpoczyna strajk głodowy z powodu zbyt dużej ilości zadawanych lekcji. Usłyszało to kilku chłopaków z szóstej i powiedzieli, że to dobry pomysł i że się dołączają do kolegi. A teraz siedzą wszyscy  pod ścianą i trzymają przed sobą tabliczkę ze swoimi żądaniami. Majcher już dzwonił po rodziców.
Wszyscy rzucili się do drzwi.
Naprzeciwko pokoju nauczycielskiego siedziało czterech uczniów z posępnymi minami, a Figiel trzymał przed sobą tabliczkę, na której widniał napis: GŁODUFKA DO ODWOŁANIA PSZECIWKO ZA DURZO PRACY DOMOWEJ.
Patryk miał rację. To było jednoznaczne i nie mogło być mowy o pomyłce.


sobota, 3 sierpnia 2019

Między drugą a trzecią lekcyjną



- No, mili państwo - zaczął Dyro marszcząc groźnie czoło - po prostu brakuje mi słów. Przecież takie rzeczy w szanującej się placówce nie powinny mieć miejsca!
- A pan dyrektor ma na myśli którąś konkretną placówkę, czy tak ogólnie? - zaciekawiła się Marta, polonistka, która wpadła do pokoju nauczycielskiego jak zwykle ostatnia, i jak zwykle obładowana stertą materiałów edukacyjnych. - bo jak ogólnie, to może nie warto sie nad tym zastanawiać? - kontynuowała, nie patrząc na reakcję Majchera, zwanego pieszczotliwie Dyrem, i szukając wzrokiem kawałka wolnego miejsca na wciąż trzymany w rękach stos książek i kserówek.
- Mam na myśli, koleżanko Radońska, konkretną placówkę, a dokładniej rzecz ujmując, naszą! - huknął Dyro - jest pani chyba jedyną osobą, która nie wie, co się wydarzyło! - wyrzucił z siebie jednym tchem i opadł ciężko na krzesło. - Wypadałoby wiedzieć, co się wyprawia w macierzystej placówce, że tak to nazwę, i oczekuję, że odtąd będzie pani lepiej poinformowana o takich sytuacjach.
Marta zamarła. 
- A co takiego się wydarzyło? - spytała takim szeptem, jakby cały pokój nauczycielski był naszpikowany aparaturą podsłuchującą. - skoro wszyscy wiedzą, to może ktoś by mi powiedział? - wyszła  z nieśmiałą propozycją.
- Rany, ty naprawdę nic nie wiesz? Kobieto, na jakim świecie ty żyjesz?! - oburzyła się teatralnie anglistka Klara - trzeba jakoś uczestniczyć w życiu społeczności szkolnej, interesować się przynajmniej, a nie tylko te testy, materiały, sprawdziany i konsultacje.
- Miałam lekcję łączoną - słabym głosem próbowała się bronić Marta - miałam dwie klasy szóste, bo z jedną planowo, a druga miała mieć biologię, ale Paulina się rozchorowała, więc przyszli, że chcą mieć polski, to im pozwoliłam.
- Jak to "chcą mieć polski"?  Do ciebie przychodzą ot tak, że chcą mieć polski? - Patryk wuefista aż podskoczył - do innych też tak przychodzą, że chcą mieć angielski albo historię?
- Nie no weź nie żartuj - Klara z rezygnacją wydęła wargi - to nie do pomyślenia przecież, żeby sami przychodzili, co chcą mieć. Marta, musisz więcej wymagać, to nie będą sami przychodzić. Do mnie tam nigdy jeszcze nie przyszli.
- Bo ciebie się boją - odcięła się Marta - zresztą, ty mówisz od nich tylko po angielsku, to niby jak oni mają z tobą rozmawiać, jak nie znają słów?
- A nie znają - Klara aż tupnęła nogą, trafiając szpilką w palce nogi Dyra, który syknął z bólu - bo zamiast przyjść na dodatkowy angielski, to oni idą, że chcą mieć polski! - skończyła z satysfakcją i usiadła, popatrzywszy po wszystkich z triumfem.
- O czym mowa? - stanęła w progu matematyczka Mariola - co się stało? - zaniepokoiła się, patrzać na obolałą minę Majchera, który usiłował schylić się, żeby rozmasować sobie palec u nogi, uszkodzony szpilką Klary - czy pan dyrektor dobrze się czuje? Może po pogotowie zadzwonić?
- Zadzwonić tak, ale na koniec przerwy - jęknął Dyro, wskazując na zegar nad drzwiami - a na długiej przerwie widzimy się wszyscy u mnie w gabinecie. Ustalimy dyżury dzwonków, dopóki ktoś nie przyjedzie nareperować ten nieszczęsny automat. 
Dyro pokuśtykał do siebie, pedagodzy rozeszli się do klas, a pokój nauczycielski znów opustoszał - jak zawsze, między drugą a trzecią lekcyjną.




niedziela, 21 lipca 2019

Co z tym Łokietkiem?




- W końcu przerwa! – Patryk Roztworowski padł bezwładnie na krzesło w małym pomieszczeniu, zwanym szumnie pokojem nauczycielskim. – Ileż można pracować bez chwili oddechu.

- Nie przesadzasz? – Klara, anglistka klas starszych, spojrzała na chłopaka z wyrzutem. – Toż to sama radość, móc obserwować, jak dzieciaki ćwiczą, skaczą przez kozła, grają w piłkę. Czy ty w ogóle pomyślałeś, co by było…

- Cześć pracy i chwała odpoczywającym! – okrzyk Kamila, historyka i specjalisty od WOS-u zagłuszył dalszą część wypowiedzi kobiety – o czym mowa? – zainteresował się widząc, że przerwał rozmowę.

- O tym, że młodzi ćwiczą na wychowaniu fizycznym u kolegi Patryka i że to sama radość móc prowadzić takie zajęcia. – usłużnie wyrecytowała Klara, nie dopuszczając wuefisty do głosu.

- Acha… - podrapał się w głowę Kamil – i to jest zdanie Patryka czy gdzieś to przeczytałaś?

Klara zaperzyła się.

- No wiesz? Jesteśmy odpowiedzialni za rozwój tych dzieci, więc to naturalne, że tak właśnie powinno być. Weźmy na przykład lekcje historii – Klara spojrzała z ukosa na Kamila, który o mało nie zakrztusił się łykiem wody – No sam powiedz, czy nie odczuwasz radości i satysfakcji, kiedy uczeń zadaje mądre pytania albo i kiedy udziela dobrych odpowiedzi?

- Ehm… no niewątpliwie – jeszcze pokasłując odparł historyk – cieszę się, że w ogóle udziela jakichkolwiek odpowiedzi. Albo kiedy zadaje pytania choćby w niewielkim stopniu związanie z tematem.

Klara uniosła brwi.

- To znaczy?

- No... – zastanowił się Kamil – na przykład dziś w czwartej padło pytanie, dlaczego król Łokietek miał takie idiotyczne nazwisko i czy nie próbował sobie go zmieniać w urzędzie stanu cywilnego.

- I co odpowiedziałeś? – zapytał Patryk, kiedy przestał się śmiać – próbował?

- Kto próbował i czego? – usiłowała dowiedzieć się polonistka Marta, która wpadła do pokoju w ostatniej chwili przed dzwonkiem – dobre było?

- Martusia, ty znów o jedzeniu? – Klara nie udawała oburzenia. – Jak można ciągle o tym samym?

Zabrzmiał dzwonek i wszyscy poderwali się z miejsc. Nie minęła nawet minuta, a w pokoju nie było nikogo i tylko niedopita herbata i mrugający monitor komputera świadczyły, że przed chwilą toczyło się tu normalne, belferskie życie, jak na każdej przerwie między czwartą a piątą godziną lekcyjną.

piątek, 19 lipca 2019

Wędrowny Anioł (XXIII)

Musiałam podjąć decyzję. Zbyt długo zwlekałam, przez co sprawa wydawała się coraz bardziej nie do uniesienia. Coraz częściej chodziłam zamyślona i smutna, bywałam przygnębiona i nieobecna. Wydawało mi się, że cokolwiek nie postanowię, będzie to niemożliwe i nierealne.


Nie dało się tego nie zauważyć.
Wędrowny wiedział o wszystkim. Nie rozmawialiśmy, ale czytał w moich myślach, czuł moje serce i znał moje rozterki. Wiedziałam, że wie, ale wydawało mi się, że to nie ma żadnego znaczenia.
Długo czekał, ale w końcu odezwał się pierwszy.
- To nie jest trudne.
Spojrzałam na niego bez entuzjazmu. Był jak zawsze spokojny, wyciszony, serdeczny.
Mówił:
- Na początku zawsze wszystko się wydaje większe, nie do przejścia i niemożliwe. Ale trzeba na to popatrzeć na spokojnie. Usiąść i rozważyć. Przemyśleć. Przemodlić. Odważyć się poprosić o pomoc. Rozmawiać.


Módl się o odpowiednie słowa. O dobre rozeznanie i mądrą decyzję. Pan przychodzi ze swoją łaską i udziela swojego światła tym, którzy proszą. Nigdy się nie męczy dawaniem. I Zawsze ma więcej niż rozdał.

To nie jest trudne.
Te słowa były jak echo, odbite po wielekroć i powracające, ale w przeciwieństwie do echa - brzmiały coraz mocniej i pewniej. Wszystkie za i przeciw powoli stawały się jasne. Wędrowny z przymkniętymi powiekami stał w oknie, przesuwając w palcach ziarenka różańca.




czwartek, 4 lipca 2019

***(2)


Ta historia pojawiła się jakiś czas temu. Splata się powoli, ale stale.
W międzyczasie Małgorzata stała się Magdą, choć to akurat nie będzie miało jakiegoś większego znaczenia.
W każdym razie - zapraszam. Odsłona druga :)

***
Wreszcie koniec. Gorąco, lato, upał jak na Saharze, ale władze uczelni jakby tego nie zauważały. Właśnie na ostatni – oficjalnie – dzień pracy w roku akademickim zaplanowano rady wydziału, więc było wiadomo, że nawet nie ma co marzyć o wcześniejszym powrocie do domu.
Ale teraz tylko jeszcze umyć kubek po czwartej kawie, oddać klucze panu Zenkowi na portierni i można zapomnieć o studentach (jeśli pozwolą o sobie zapomnieć), o uczelni, wykładach, materiałach i badaniach naukowych. Bardzo tego czasu zapomnienia potrzebowała.
- Już pani idzie? – pan Zenek jak zawsze uśmiechnięty, wyciągnął rękę po klucz – nie będzie pani nas brakować?
- Już mi brakuje, panie Zenku – zażartowała Magda – ale postanowiłam dać wam od siebie odpocząć.
- Ja tam wcale nie czuję się zmęczony, pani Magdo. Jeszcze na kawę mrożoną bym panią mógł zaprosić i na lody, i na spacer – rozmarzył się mężczyzna.
Magda przystanęła.
- Ja chętnie, ale co na to pani Zosia, pana żona?
Pan Zenek machnął ręką.
- Pojechała do rodziców; ojciec, znaczy mój teść złamał nogę i Zośka pomaga matce, znaczy mojej teściowej, bo sama nie daje rady. Duże gospodarstwo u nich, to i robić zawsze jest co.
- To niech pan do niej jedzie, pomoże, a wieczorem pan ją zaprosi na lody i mrożoną kawę. Ucieszy się.
Pan Zenek spojrzał podejrzliwie na Magdę, ale nie dostrzegł niczego niepokojącego. Roześmiał się zatem i pojednawczo pokiwał głową.
- Ma pani rację, może i tak trzeba będzie zrobić. Wiedziałem, że nie da się pani skusić. A, bo zapomniałbym. Był tu taki jeden i pytał o panią. Bo podobno pani mu samochód zastawiła. Powiedziałem, że ma poczekać, bo pani zajęta i teraz nie wyjdzie. Na parkingu miał być. Jakąś godzinę temu pytał.


- Przepraszam, bardzo przepraszam. Już odjeżdżam. Długo pan czeka? – Magda wyrzucała te słowa do stojącego obok jej seicento wysokiego bruneta i modliła się w duchu, żeby nie zrobił jej awantury. Mężczyzna stał i przyglądał się jej, jak mocuje się z kluczykiem, jak przytrzaskuje sobie sukienkę drzwiami i nie odzywał się ani słowem. Nie był w stanie wejść jej w słowo, bo Magda nie przestawała go przepraszać i się tłumaczyć. W końcu się zniecierpliwił.
- Niechże pani już przestanie, wystarczyło to wszystko powiedzieć tylko raz.
Magda skuliła się.
- Przepraszam.
- Zapraszam panią na kawę. Moja trzecia, ale trudno, może dam radę.
- Jak to?
- Zwyczajnie. Do kawiarni, tu niedaleko. Należy mi się jakieś zadośćuczynienie za ten pani słowotok, prawda? – mężczyzna był stanowczy, ale uprzejmy. – Proszę tylko przeparkować samochód i stanąć obok mojego, i idziemy. To co, zgoda? – wyciągnął rękę do kobiety. Magda ruszyła w jego stronę i zahaczając ręką o auto, wysypała na chodnik całą zawartość trzymanej w ręku torebki. Chciała się zapaść pod ziemię ze wstydu i zniknąć temu człowiekowi z oczu; niestety, wciąż tu była i nic nie wskazywało na to, żeby miało się coś zmienić. Przełknąwszy kolejne „przepraszam” schyliła się, aby pozbierać z ziemi cztery długopisy, trzy notatniki, dwa telefony komórkowe, małe lusterko, pilniczek, pęsetę, szminkę, dwa opakowania gumy do żucia, cztery skasowane bilety miejskie, garść ulotek i dwie paczki chusteczek higienicznych. Wrzuciła to wszystko bezceremonialnie do torebki, wstała i otrzepała dłonie jedną o drugą. Mężczyzna stał nieruchomo i patrzył na nią szeroko otwartymi oczami.
Magda zaniepokoiła się.
- Stało się coś?
- Nnie, nie, nic – wykrztusił – ale jeśli wszystkie kobiety w ten sposób podporządkowują sobie świat, jak pani poradziła sobie z torebką, to ja już wiem, dlaczego tylu mężczyzn na świecie jest samotnych.
- A pan jest samotny? – szybciej powiedziała niż pomyślała Magda i ugryzła się w język – nie chciałabym być opatrznie zrozumiana – próbowała się wytłumaczyć, ale widziała, że mężczyzna zaczyna się delikatnie uśmiechać, więc dodała – Zresztą, co mi tam – wyciągnęła rękę przed siebie – Magda jestem.
- Paweł – przedstawił się nieznajomy – chodźmy na tą kawę, ustalimy, jak to jest z tą samotnością i czy da się z tym coś zrobić.
Kawiarnia była przytulna. Należałoby powiedzieć – kawiarenka, bo zaledwie kilka stolików, nieduży bar, dwa niewielkie okna – to nieco za mało, aby lokal mógł być kawiarnią. Był gustownie urządzony, jak natychmiast zauważyła Magda, i widać było, że ktoś zadbał o to miejsce z wyjątkowym wyczuciem i smakiem. Żadnej tandety na ścianach ani plastikowych kwiatków na stolikach. Zamiast tego – dyskretne dekoracje, w pomysłowy sposób połączone z widoczkami przedstawiającymi różne zakątki Starego Miasta, przyciszona muzyka, sącząca z głośników, ukrytych w gęstwinie kwiatów i miły dla ucha szmer przyjaznych rozmów, bo mimo wczesnego popołudnia wolny był tylko jeden stolik pod oknem.
- Oczywiście, czarna bez cukru? – zapytał Paweł, wskazując ręką na wyeksponowane na ścianie menu – do tego proponuję szarlotkę z lodami. Co ty na to?
Magda już miała zaprotestować, że tylko kawa, ona wypije i zaraz idzie, przecież nie ma czasu, ale w porę sobie przypomniała, że właśnie zaczęły się wakacje, a ona jest bardzo zmęczona. Kiwnęła tylko mało elegancko głową i posłała Pawłowi swój najpiękniejszy uśmiech, a potem skierowała się w stronę miękkiego fotela przy stoliku obok okna.

wtorek, 18 czerwca 2019

Wędrowny Anioł (XXII)

Ta myśl przyszła nagle. Kiełkowała pewnie od jakiegoś czasu i wzrastała, nie niepokojona niczyim spojrzeniem ani obecnością, ale w moim umyśle pojawiła się jakby znikąd, nagle, bez uprzedzenia i od razu sprawiła, że serce natychmiast przyspieszyło kroku.
Moje ręce są puste.


Napełniane od chwili, gdy zaczęłam świadomie używać rozumu, w jednej chwili wydały mi się przeraźliwie puste i całkiem bezużyteczne.
Miotała się we mnie ta pustka, powodując poruszenie duszy i serca, wprowadzając zamieszanie w nieco już uporządkowanym świecie moich pragnień i powodując, że poczułam się jak mała dziewczynka w ogromnym, gęstym, ciemnym lesie. 



Wędrowny przypatrywał mi się w milczeniu, delikatnie chłodząc rozgrzane upałem powietrze ledwo widocznym ruchem skrzydeł. Spod przymkniętych powiek widać było źrenice jego oczu, w pięknym, intensywnym, błękitnym kolorze. Patrzył na mnie, ale jakby - przeze mnie; czytał w moim sercu, w moich myślach; dotykał swoim spojrzeniem moich pragnień i wyobrażeń. 
- Jeszcze tego nie rozumiesz?
Spojrzałam na niego. Uśmiechał się delikatnie, życzliwie, bez cienia wyższości. Prawą dłonią dotknął mojego serca, a lewą położył na moim ramieniu. 
- Co masz, czego byś nie otrzymał? 


Pozwolił, żeby te słowa odbiły się echem w moim wnętrzu i dotknęły mojego serca, a potem dodał:
- Czemu chcesz dawać dary, które otrzymujesz - tak, jakby były one twoją zasługą?
Wiedziałam, że nie czeka na odpowiedź.
- Twoje ręce są puste, bo tylko Dawca Darów może je napełnić. Jeszcze tego nie wiesz?
Przynieś puste ręce przed ołtarz i złóż je tam w ofierze, a Pan napełni je darami.
Pan ma więcej niż rozdał. Nigdy o tym nie zapominaj.



środa, 5 czerwca 2019

Wędrowny Anioł (XXI)

Znów mnie zaskoczył.
Usłyszałam łopot skrzydeł tuż za oknem i zobaczyłam, że unosi się niesiony falami drgającego od upału powietrza. Kiedy wszystkie stworzenia chowały się przed słońcem, szukając choć skrawka cienia, On bujał się radośnie i wystawiał ku słońcu twarz, która jeszcze bardziej promieniała i rozświetlała i tak bardzo jasny dzień.

- Dlaczego nie patrzysz na Słońce? - zapytał i uniósł rękę. Myślałam, że wskaże mi ognistą kulę nad jego głową, a on pokazał mi wieżę nieodległego kościoła.
- Jego pragnieniem jest przebywać z tobą twarzą w twarz, patrzeć na ciebie i cieszyć się twoją obecnością.
Znów mnie zaskoczył.
PIerwsza wzmianka o słońcu spowodowała, że odruchowo zmrużyłam oczy i zasłoniłam dłonią twarz. 



Dotknął mojego ramienia.
- Nie bój się. To płomień, który nie parzy, ogień, który nie niszczy i światło, które nie oślepia.
To raczej Płomień który ogrzewa, Ogień, który rozpala i Światło, które wskazują właściwą drogą. Tę, która prowadzi do Domu.



sobota, 1 czerwca 2019

***


Była podekscytowana do granic możliwości. Paweł zaprosił ją na kolację. Do restauracji, gdzie podawano najlepsze wino i wyśmienite jedzenie, gdzie była muzyka na żywo i gości obsługiwali przystojni kelnerzy z czerwoną serwetką przewieszoną przez ramię. Rezerwacje trzeba było tam robić tydzień wcześniej; Paweł pomyślał o wszystkim, więc widać było, że bardzo się postarał. Na pewno przemyślał swoje postępowanie, myślała, będzie chciał jej wszystko wynagrodzić i wszystko zacznie się układać. Powoli, ale będzie coraz lepiej.
Małgorzata długo stała przed lustrem. Najpierw nie mogła się zdecydować, która sukienkę włożyć, potem przymierzyła kilka par kolczyków. We wszystkim czuła się dobrze. Znała gust Pawła, wiedziała o jego upodobaniach, ale mimo to chciała tego wieczoru zabłysnąć i go zaskoczyć. Chciała mu się podobać. Chciała, żeby nie mógł oderwać od niej oczu.


Dzień wcześniej zadzwonił.
- Cześć. Masz jakieś plany na jutro?
- Czemu pytasz? – odezwała się zaskoczona.
- Zapraszam cię na kolację. Barokowa. Wiesz gdzie? Bądź przed 18.00
- Trafię. Będę.
Właściwie nie wiedziała, czego się spodziewać, nie chciała się nastawiać, ale wyobraźnia sama podsuwała pyszne obrazy: sala z kominkiem, doskonała kuchnia, ciepły nastrój. Tak bardzo chciała poczuć się w swoim małżeństwie jak we własnym domu. Taka kolacja, przy świecach i delikatnej muzyce mogłaby być niezłym początkiem tego jej nowego małżeństwa. Takiego nowego – starego. Takiego innego, docenianego i potrzebnego, takiego naprawdę ich. Pełnego ciepła i zrozumienia, namiętności i pożądania, miłości i bezgranicznego zaufania.
Mała czarna doskonale pasowała na tą okazję. Jeszcze rzut oka na zegarek i można wychodzić. Taksówka stoi przed wejściem. Miły, milczący kierowca i obietnica wieczoru, która z każdym kilometrem była bliższa i coraz bardziej wyczekiwana.
Zdawkowe – reszty nie trzeba. Delikatny uśmiech. Muśnięcie warg czerwoną szminką. Na wyczucie, bez lusterka.
- Miała pani rezerwację?
- Tak, mąż pewnie już na mnie czeka. Moje nazwisko Pawlik.
To się dzieje. To naprawdę się dzieje. Niech się dzieje.
Mówił, jak pięknie wygląda. Patrzył na nią z uśmiechem, pilnował, aby w jej kieliszku nie zabrakło wina, zabawiał rozmową. Był elegancki i czuły, męski i – był idealny. Te trzy godziny upłynęły nie wiadomo kiedy, a potem się okazało, że Paweł miał jeszcze jedną niespodziankę. Cudowny hotel, piękny, tonący w kwiatach apartament („wiesz, że mówią o tym miejscu – królewski? Jesteś dziś moją królową”), szampan, światło świec. Szalony wieczór i niezapomniana noc. Spragniony mężczyzna i gotowa na wszystko dla niego kobieta.
Rano telefon.
- Nie, jeszcze nie. Nie dzwoń, mówiłem, że załatwię, to załatwię. Dam znać. Cześć.
- Kto to był? – Małgorzata nie otwierała oczu, ale czuła obecność swojego męża w pokoju. Czuła jeszcze ciepło jego ciała tuż obok, musiał wstać dosłownie przed chwilą.
- Nikt ważny, to z pracy. Pytali, czy dziś wracam. Powiedziałem, że nie. – Paweł wsunął się pod kołdrę tuż obok i i przytulił ją do siebie. – powiedziałem, że mam teraz ważniejsze rzeczy.
Z hotelu wyszli bardzo późnym popołudniem. Przytuleni i ciągle jakby zakochani, jakby dopiero się poznali i nie mogli się sobą nacieszyć.
Bajka skończyła się dwa dni później.

Życie nie stoi w miejscu...

  Płomień maleńkiej świecy rozpalał się coraz bardziej. Z początku nieśmiało, a potem coraz odważniej wspinał się po jedwabnym sznureczku, o...